Czas „Wirtuoza”

O Fryderyku Chopinie, skradzionych dziełach sztuki i powrocie Adama Berga z Krzysztofem Bochusem, autorem powieści kryminalnej Wirtuoz, rozmawia Marek Teler.

Marek Teler: Twoja najnowsza powieść Wirtuoz to kolejne przygody dziennikarza Adama Berga, bohatera Listy Lucyfera, Boskiego znaku i Klątwy Lucyfera. Co sprawiło, że postanowiłeś wrócić do tej postaci i dopisać jej dalsze losy?

Krzysztof Bochus: O powrocie do Adama Berga przesądziło rynkowe powodzenie Klątwy Lucyfera, a patrząc szerzej – całej serii. Ucieszył mnie zwłaszcza sukces Klątwy Lucyfera, ponieważ nie był to kryminał oczywisty. Ta mroczna opowieść ulokowana w klaustrofobicznym klasztorze chełmińskim najwyraźniej mocno podziałała na wyobraźnię czytelników. W powieściach z Adamem Bergiem czytelnicy odnajdują nie tylko intrygę kryminalną czy sensacyjną, ważne jest tu także tło obyczajowe i historyczne. Właśnie to zderzenie tajemnicy, kryminalnych zagadek i wielkich emocji jest charakterystyczne dla całego tego cyklu. Bardzo doceniam sukces komercyjny książek z Adamem Bergiem. Lista Lucyfera jest przecież moim najlepiej sprzedającym się tytułem. Jeszcze niedawno mógłbym tylko pomarzyć o takiej pięciocyfrowej sprzedaży.

Poza tym powrotu Adama Berga domagali się sami czytelnicy. Postać wnikliwego dziennikarza, którego można chwilowo pokonać, ale nie złamać, trafiła do serc czytelników. Dla pisarza to wielki honor, postanowiłem więc odpowiedzieć na to oczekiwanie, zwłaszcza, że miałem w głowie spójny, oryginalny pomysł na fabułę kolejnej opowieści z Adamem w roli głównej. Tym razem zabieram czytelnika w sensacyjną podróż, w której nic nie jest oczywiste. Berg otrzymuje zlecenie odnalezienia zaginionych pamiątek po pewnym wybitnym Polaku. Jeśli mu się uda, historię polskiej kultury trzeba będzie pisać na nowo. Mojego bohatera czeka morderczy – i to dosłownie – tor przeszkód. Nie zabraknie nagłych zwrotów akcji, sensacyjnych wydarzeń i wielkich emocji. Chciałbym, aby czytelnicy odebrali tę powieść jako erudycyjny thriller przygodowy dla bardziej wymagających odbiorców.

M.T.: Główny wątek Twoich książek bardzo często dotyczy dzieł sztuki, tym razem są to pamiątki po Fryderyku Chopinie. Skąd pomysł, by wpleść w kryminalną intrygę dzieła sztuki związane z postacią wybitnego polskiego kompozytora?

K.B.: Lubię muzykę, często jej słucham. A swoje książki buduję trochę na kształt utworów muzycznych. Ważna jest dla mnie melodia poszczególnych zdań, staram się unikać fałszywych dźwięków. Uwielbiam też muzykę Fryderyka Chopina. Było więc tylko kwestią czasu, kiedy przyjdzie mi do głowy fabuła stricte muzyczna. Zainspirowała mnie konstatacja, że pamiątki po wielkim Fryderyku prześladuje chyba jakieś fatum. Ocalało ich bowiem bardzo niewiele, a nawet te, które przetrwały dziejowe zawieruchy, zaginęły później w dziwnych okolicznościach, które mogłyby posłużyć za scenariusz filmu sensacyjnego. I tak powstał Wirtuoz – sensacyjna opowieść o polowaniu na bezcenne pamiątki po wielkim kompozytorze. Jak na dobrą sensację przystało, nie brakuje w niej krwi, sekretów historii, skrzętnie skrywanych tajemnic i wielkich namiętności, a nawet gry tajnych służb.

M.T.: Co najbardziej fascynuje Cię w architekturze i sztuce i co sprawia, że tak często są one przywoływane w Twoich książkach?

K.B.: Piszę o rzeczach, które mnie samego interesują. Moją pasją jest historia i sztuka, nic więc dziwnego, że wplatam je do fabuły moich powieści. Przyjaźnię się z wieloma artystami i marszandami, bliski jest mi świat, w którym przebywają. Poza tym bardzo zajmuje mnie problematyka dóbr kultury zniszczonych bądź zaginionych w czasie wojny. Polska poniosła na tym polu niewyobrażalne straty. Oblicza się je na ponad pół miliona obiektów oraz ponad 22 miliony woluminów! Niektóre z tych artefaktów, zagrabionych przez niemieckich bądź sowieckich rabusiów, nadal istnieją. Spoczywają do dziś w domowych sejfach lub w obcych zasobach muzealnych. Powrót każdego takiego odzyskanego dzieła sztuki jest rodzajem święta. Jako pisarz mam nieskrępowaną wyobraźnię. Ciągle mam nadzieję, że pewnego dnia powrócą do kraju lub zostaną odnalezione arcydzieła, które dzisiaj wydają się być bezpowrotnie utracone. Chociażby te z zamku Czocha czy Bazyliki Mariackiej w Gdańsku, które opisałem w swoich książkach Boski znak i Lista Lucyfera. Istnieje bowiem szansa, że czekają na swego Howarda Cartera zamurowane w jakiejś podziemnej sztolni lub lochu. Można więc powiedzieć, że dzieła sztuki to wręcz cecha konstytutywna dla mojej twórczości.

M.T.: Opisane przez Ciebie w książce portrety rodziny Chopinów pędzla Ambrożego Mieroszewskiego faktycznie zaginęły jesienią 1939 r. i najpewniej nadal znajdują się na terenie Niemiec. Z jakich źródeł korzystałeś przy opracowywaniu tej historycznej części powieści?

K.B.: Jako pisarz i dziennikarz mam wyczulony słuch na wszelkie doniesienia z tego obszaru. Zbieram informacje, śledzę losy zaginionych dzieł sztuki, magazynuję je w swojej pamięci. Czytam literaturę fachową, przeprowadzam dokładny research. A gdy przychodzi czas, sięgam do tych szufladek i tworzę z nich fabuły swoich powieści. W tym przypadku największą rolę odegrała arcyciekawa książka Włodzimierza Kalickiego i Moniki Kuhnke Sztuka zagrabiona. Uprowadzenie Madonny. To w niej natrafiłem właśnie na fascynującą opowieść o zaginionych portretach Chopina i jego rodziny pędzla Ambrożego Mieroszewskiego. To te fakty stały się osnową dla historii opowiedzianej przeze mnie w Wirtuozie, w której prawda historyczna splata się z fikcją literacką. To zresztą moja spécialité de la maison – patent na powieści z Adamem Bergiem w roli głównej, czyli erudycyjne thrillery przygodowe.

M.T.: Chociaż wspomniane dzieła zostały wytropione w filmach NRD z końca lat 70., do tej pory nie udało się ich odzyskać. Co sprawia, że procedura odzyskiwania skradzionych dzieł sztuki jest często długotrwała, a nierzadko po prostu nieskuteczna?

K.B.: Przesądza o tym wiele czynników i przeszkód natury prawnej. W teorii nadal obowiązuje Konwencja Haska, nakazująca łupieżcom zwrot zagrabionych dzieł sztuki. Specjalną rezolucję w sprawie transgranicznego zwrotu dzieł sztuki przyjął także w styczniu 2019 r. Parlament Europejski. W praktyce stosowanie tego prawa jest mocno utrudnione z uwagi na prawo wewnętrzne, odmienne w różnych państwach.

I tak strona rosyjska, w której zasobach znajduje się wiele dzieł sztuki zarabowanych pod koniec wojny przez Armię Czerwoną i jej trofiejnyje brygady, nie poczuwa się do obowiązku zwrotu tych dzieł. Odmawia nawet jakichkolwiek negocjacji w tej materii. Co więcej, Duma przegłosowała ustawę, zgodnie z którą wszystkie zdobycze tego typu należy traktować jako rekompensatę za straty poniesione przez ZSRR w czasie wojny z Niemcami i ich satelitami. Oczywiście prawo to nie powinno dotyczyć Polski. Niestety nasze monity w tej sprawie od lat pozostają bez odpowiedzi, a sytuacji nie polepsza na pewno zły stan relacji politycznych pomiędzy naszymi krajami. A szkoda, bo zidentyfikowaliśmy w Rosji wiele bezcennych dzieł sztuki, które powinny powrócić do Polski. Niektóre z nich to własność kościelna, część należała do gdańskiego muzeum miejskiego. Wśród tych zabytków są m.in. XVI-wieczna Madonna Głogowska Łukasza Cranacha Starszego (z kolegiaty w Głogowie), XV-wieczny niderlandzki Dyptyk Winterfeldów czy XVII-wieczny Pejzaż leśny Jana Brueghla Starszego (z Muzeum Miejskiego w Gdańsku).

Więcej zrozumienia wobec postulatów strony polskiej wykazują Niemcy. Na przeszkodzie do pełnego uregulowania kwestii rewindykacji dzieł sztuki stoją jednak skomplikowane kwestie natury prawnej, w tym honorowane w prawie niemieckim nabycie w dobrej wierze. Zdarza się, że dzieła o polskim pochodzeniu trafiają na aukcje, a ich właściciele tłumaczą się potem, że nabyli jej przed laty właśnie w dobrej wierze, nie znając rzeczywistego pochodzenia nabywanych przedmiotów.

M.T.: Czy uważasz, że zaginione portrety Chopinów mają szansę wrócić kiedyś do Polski?

K.B.: Mocno w to wierzę. Scenariusz przedstawiony w Wirtuozie jest oczywiście fikcyjny, ale przecież możliwy. Do kraju dzięki wysiłkom ludzi dobrej woli powróciło przecież w ostatnich latach wiele cennych zabytków. Dobrym przykładem jest tu XV-wieczny ołtarz Pietas Domini (Opieka Pana), zwany także Tronem Łaski, który po kilkudziesięciu latach powrócił do macierzystej Bazyliki Mariackiej dzięki decyzji Unii Kościołów Ewangelickich (UEK) w Berlinie. Polscy muzealnicy nieustannie monitorują zresztą sytuację na rynkach antykwarycznych, bacząc, czy nie wypływa na nich jakieś dzieło polskiej proweniencji. Co jakiś czas identyfikowane są pojedyncze dzieła sztuki, które powracają nad Wisłę. Do przełomu w tej kwestii jednak droga daleka.

M.T.: Baza strat wojennych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego liczy ponad 60 tysięcy dzieł sztuki, w tym m.in. Portret młodzieńca autorstwa Rafaela Santiego, ale wiemy, że tych strat było znacznie więcej. Które są w Twoim odczuciu najboleśniejsze?

K.B.: Trudno to zmierzyć, to są naprawdę niepowetowane straty w kulturze narodu, prawdziwe wyrwy w jego dorobku cywilizacyjnym. Niektórych rzeczy, niestety, już się nie cofnie. Moim zdaniem szczególnie dotkliwa jest strata spalonych podczas wojny, a zwłaszcza podczas Powstania Warszawskiego, księgozbiorów i zbiorów bibliotecznych. Mam tu na myśli miliony woluminów, w tym tysiące unikatowych książek i bezcennych manuskryptów. To straszliwa luka, której nie da się już niczym zapełnić. Co do reszty, można mieć jeszcze jakąś nadzieję. I tak odnalezienie obrazu Rafaela byłoby niezwykle spektakularnym wydarzeniem. I chyba ciągle jest możliwe. Podobnie jak ewentualna rewindykacja bezcennych dzieł sztuki, które zidentyfikowaliśmy w muzeach rosyjskich. Mam tu na myśli przede wszystkim wspomniane obrazy Cranacha i Jana Brueghla Starszego. Wierzę także, że możliwe jest odzyskanie choćby średniowiecznej figury Pięknej Madonny z toruńskiego kościoła św. Jana czy chopinaliów, prawdopodobnie przechowywanych na terenie obecnych Niemiec.

M.T.: Twoje powieści przywołują skojarzenia z twórczością Umberto Eco czy Dana Browna. Jacy autorzy stanowią dla Ciebie największe źródło twórczej inspiracji?

K.B.: Mam wielu mistrzów, nie tylko wśród pisarzy tworzących na niwie literatury gatunkowej. Lubię stylistykę awanturniczych powieści Arturo Péreza-Reverte czy Javiera Sierry. Cenię Stiega Larssona, Pierre'a Lemaitre czy Donnę Tartt. Ale czytam także literaturę piękną i dzieła historyczne. Nigdy nie ukrywałem bowiem, że lubię bawić się konwencjami. Jeśli już musiałbym pokusić się o jakąś definicję, to powiedziałbym, że moje książki to raczej hybrydowe powieści obyczajowe, z mocnym rdzeniem kryminalnym i sensacyjnym oraz dużą dbałością o wierne odwzorowanie tła i realiów historycznych. Jednocześnie jednak dbam o to, by pozostawić w tych książkach własny odcisk palca, swoje literackie DNA. Także w Wirtuozie pojawią się moje ulubione motywy: wielopiętrowe spiski i dzieła sztuki cenniejsze niż ludzkie życie. To te emblematyczne wątki określają mnie jako pisarza i właśnie one pojawiają się w moich powieściach najczęściej.

M.T.: Umiesz trzymać czytelników w napięciu, ale też serwujesz im sporą dawkę wiedzy historycznej. Czy Twoim zdaniem powieść jest dobrym narzędziem do popularyzacji historii?

K.B.: To prawda, najważniejsze jest tworzenie zajmujących, intrygujących opowieści, tak aby czytelnik się nie nudził i z niecierpliwością przewracał kolejne kartki. To moje podstawowe zadanie jako pisarza. Jednocześnie jednak mam świadomość, że literatura potrafi podsycić zainteresowanie historią i poszerzać horyzonty czytelnika. Niektórym czytelnikom nie wystarcza przecież sama akcja. Oprócz intrygującej fabuły szukają czegoś więcej. A literatura to potężna siła. Potrafi pobudzać naszą wyobraźnię, przenosić nas do światów nieosiągalnych na poziomie naszej doczesności. Dlatego staram się, aby w moich powieściach czytelnicy odnaleźli jakąś wartość dodaną. Stąd jest w nich tak wiele odniesień do historii, tak wiele kulturowych szyfrów i zagadek. Staram się jednak przemycać historię do moich książek w sposób nienachalny, unikając taniego dydaktyzmu.

M.T.: Początkowo cykl powieści o Adamie Bergu miał być jedynie trylogią, teraz swoją premierę ma czwarta część. Czy zatem możemy spodziewać się kolejnych przygód dziennikarza?

K.B.: To bardzo prawdopodobne. Teraz jednak zajmuje się przede wszystkim praca nad książką z zupełnie nowym bohaterem, osadzoną w powojennych realiach warszawskich. To dla mnie rodzaj wyzwania, ponieważ po raz pierwszy wychodzę poza literackie uniwersum Adama Berga i serii retro, w których się dotychczas poruszałem. Sam jestem ciekawy, jak mi się to uda.

Krzysztof Bochus – z zawodu dziennikarz, publicysta i wykładowca akademicki. Jego debiutem książkowym był Czarny manuskrypt (2017). W tym samym roku ukazał się Martwy błękit, a w 2018 r. – Szkarłatna głębia (Nagroda Złoty Pocisk za najlepszą powieść kryminalno-historyczną 2018). W 2019 r. opublikował Listę Lucyfera i Miasto duchów. W 2020 r. powieści Boski znak oraz Wachmistrz, a w 2021 r. Klątwę Lucyfera i Wachmistrz. Dogrywka