Fanatyzm w każdej postaci jest destrukcyjny

O działalności banderowców w czasie II wojny światowej, rzezi wołyńskiej i poglądach, które dzieliły rodziny, z Joanną Jax, autorką powieści Saga wołyńska. Wojna, rozmawia Marek Teler.

Marek Teler: Premiera Sagi wołyńskiej, opowiadającej m.in. o relacjach polsko-ukraińskich w latach 30. i okresie II wojny światowej, zbiegła się w czasie z wybuchem wojny na Ukrainie. Nie obawiała się Pani, że to wydarzenie wpłynie na odbiór Pani książki?

Joanna Jax: Oczywiście, że się obawiałam i nadal obawiam. Kiedy wybuchła wojna na Ukrainie, pierwszy tom wyjeżdżał z drukarni, a przecież jest to trylogia i musiał nastąpić ciąg dalszy. Nie zamierzałam jednak fałszować czy też koloryzować historii, ponieważ nie ma ona związku z obecną wojną. Moja ocena tego, co teraz ma miejsce, jest jednoznaczna. Rosja barbarzyńsko napadła na inny kraj i – co gorsza – sąsiadujący z nami, dlatego musimy zrobić wszystko, aby wesprzeć Ukrainę w jej walce. Ukraińcy biją się także o nas i cały blok państw, które niegdyś należały do strefy wpływów Związku Radzieckiego. Ukraińcy są wolnym, suwerennym narodem i dokonali pewnego dnia wyboru. Chcą należeć do świata Zachodu i ich systemu wartości. Nikt nie ma prawa im tego zabraniać. Kibicuję im z całego serca. Myślę także, że gdy wojna się zakończy (oby pomyślnie dla Ukrainy), będzie czas, aby opatrzyć stare rany i wyjaśnić pewne kwestie raz na zawsze. Teraz nie jest to odpowiedni moment, co nie oznacza, że powinniśmy zapominać o niektórych dramatycznych wydarzeniach, a raczej o ofiarach tych wydarzeń.

M.T.: Pierwsza część sagi o tytule Głód to przejmująca opowieść o cierpieniu Ukraińców w czasach Wielkiego Głodu i miłości w nieludzkich warunkach. Z jakimi opiniami spotkała się Pani po premierze?

J.J.: Raczej pozytywnymi. To był trudny tom, ponieważ w tej okrutnej historii chciałam znaleźć coś więcej, aniżeli fizyczne cierpienie. Jakąś iskierkę nadziei, że nawet w nieludzkich warunkach można znaleźć odrobinę człowieczeństwa.

M.T.: W drugiej części sagi, czyli Wojnie, opisuje Pani rosnące wpływy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów OUN-B, której członków zwano potocznie – od ich przywódcy – banderowcami. Co sprawiło, że Stepan Bandera znalazł tylu zwolenników wśród swoich rodaków i dlaczego ich działania wymierzone były przede wszystkim przeciw Polakom?

J.J.: Myślę, że jego popularność wynikała z kilku aspektów. Przede wszystkim Bandera dał Ukraińcom nadzieję, że powstanie niezależnego ukraińskiego państwa jest możliwe. Na Wołyniu Polacy stanowili mniejszość, a jednak to Ukraińcy czuli się jak obywatele drugiej kategorii, zwłaszcza gdy osadnicy otrzymywali lepsze ziemie, piastowali stanowiska niedostępne dla Ukraińców czy próbowano wykorzenić ich wiarę. Ze swoimi hasłami trafił więc na podatny grunt. Poza tym, kiedy Bandera trafił do więzienia, a ze swojego procesu zrobił niemalże wiec polityczny, zaczął uchodzić za męczennika. Z punktu widzenia Ukraińców był bohaterem walczącym o wolną Ukrainę. Jeśli chodzi o działania wymierzone wobec Polaków podczas II wojny światowej, tutaj sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana. Ukraińcy wiązali wielkie nadzieje w związku z napaścią Trzeciej Rzeszy na Związek Radziecki. Liczyli, że jeśli wesprą Niemców, ci podarują im Ukrainę Zachodnią, niezależne i suwerenne państwo, dlatego wstępowali do niemieckiego wojska i policji. Później, gdy nadeszło rozczarowanie, ponieważ Niemcy nie zamierzali Ukraińcom niczego ułatwiać, część Ukraińców odeszła z niemieckich struktur i założyła własną armię, czyli UPA. Doszli do wniosku, że jeśli pozbędą się Polaków z ziem, które należały niegdyś do II Rzeczpospolitej, światowe mocarstwa nie będą miały już powodów, by blokować powstanie niezależnego państwa. Oczywiście, wiemy jak to się skończyło i Ukraina musiała czekać na niepodległość jeszcze wiele lat. Z tego punktu widzenia zbrodnia wołyńska nie miała ani znaczenia strategicznego, ani politycznego. Krótko mówiąc, była bezsensowna. Muszę także podkreślić, co również znajduje odzwierciedlenie w mojej powieści, że nie wszyscy Ukraińcy popierali tego typu działania i nie chcieli wchodzić w konflikt ze swoimi sąsiadami, z którymi przyjaźnili się przez lata.

M.T.: Jaki jest obecnie stosunek Ukraińców do Bandery i czy rośnie wśród nich świadomość okrucieństwa, jakiego on i jego zwolennicy dopuścili się na Polakach?

J.J.: Myślę, że dla zwolenników Bandery rzeź wołyńska nie ma większego znaczenia. To znaczy nie pochylają się nad tym zbytnio. Jeśli władze ukraińskie stawiają Banderze pomniki, ustanawiają święta związane z tą postacią, a banderowskie flagi są wszechobecne, to nikt nie będzie się zastanawiał, co Bandera – a może raczej jego poplecznicy, ponieważ ten przebywał wówczas w obozie niemieckim – zrobił z Polakami podczas wojny. Myślę, że o tym się nie pisało i nie mówiło publicznie. A jeśli już odnoszono się do tematu, sięgano głęboko w przeszłość, by pokazać, że ten konflikt trwał od wieków. Może za jakiś czas powrócimy do tego tematu, ale teraz Ukraińcy mają większe problemy na głowie.

M.T.: Pani książka pokazuje, jak różnice światopoglądowe sprawiały, że członkowie jednej rodziny stawali się dla siebie wrogami. Dlaczego Pani zdaniem inne wizje świata okazywały się często silniejsze niż rodzinne więzi?

J.J.: Fanatyzm w każdej postaci jest destrukcyjny i wówczas więzi rodzinne schodzą na plan dalszy. Dla nacjonalistów jakiekolwiek ludzkie odruchy w stosunku do okupanta, a za takiego mieli nas niegdyś Ukraińcy, są zdradą ojczyzny. W takich przypadkach najważniejsze jest odhumanizowanie drugiej osoby. Ci, którzy nie chcieli lub nie potrafili tego zrobić, uchodzili za zdrajców. Więzi międzyludzkie, sąsiedzkie, przyjacielskie przestawały mieć znaczenie. Oczywiście nie dla wszystkich.

M.T.: Dużo mówi się o rzezi wołyńskiej, powstał film Wojciecha Smarzowskiego Wołyń i zostało wydanych wiele książek na ten temat. Czy uważa Pani, że temat ten jest wystarczająco dobrze opisany i przedstawiony społeczeństwu?

J.J.: Sam opis krwawej rzezi i okrucieństwa owszem, ale rzadko kiedy ktoś stara się pokazać jak do niej doszło. Nie mówi się także o tym, że nie wszyscy Ukraińcy popierali tego typu działania. A ja wychodzę z założenia, że w każdym narodzie są ludzie prawi i wielcy, i są kanalie. Nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. Taki zamysł miałam od początku i nie ma związku z tym, co dzieje się teraz na Ukrainie. Należy jednak pamiętać, że była to okrutna, barbarzyńska zbrodnia, dla której trudno znaleźć wytłumaczenie. Nie godzę się na narrację, jaka zaczyna się w obecnej chwili przebijać do mediów, że zasłużyliśmy na to, co się wydarzyło. Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć – to było okrucieństwo i nie ma na nie usprawiedliwienia. To jest lekcja historii, którą musimy odrobić.

M.T.: Znana jest Pani z tego, że przywiązuje dużą wagę do szczegółów historycznych i zwraca uwagę na detale. Z jakich źródeł korzystała Pani, opisując życie na Kresach w czasach II wojny światowej?

J.J.: Mam wymienić czterdzieści pozycji książkowych? (śmiech) Oprócz tego nagrania osób, które zbrodnie wołyńską przeżyły. Mnóstwo tragicznych opowieści. Wręcz mrożących krew w żyłach i takich, które pozostają w pamięci na zawsze.

M.T.: Ważną rolę odgrywa w Sadze wołyńskiej Lwów, który przyciągał mieszkańców mniejszych miejscowości perspektywami kariery i rozwoju. Co pozostało we współczesnym Lwowie z tętniącego życiem przedwojennego miasta?

J.J.: W tej chwili Lwów, podobnie jak na początku II wojny światowej, jest miejscem, do którego uciekają ludzie przed wojenną pożogą. Do czasu napaści przez Rosję tętniło życiem, chociaż polskich śladów pozostało chyba niezbyt wiele.

M.T.: Niedawno miała Pani okazję brać udział w spotkaniach autorskich dla mniejszości polskiej na Litwie. Jak odbierane są Pani książki przez tamtejszych czytelników?

J.J.: Patrząc na frekwencję, myślę, że odbiór jest pozytywny, zwłaszcza że w sadze Zanim nadejdzie jutro opisywałam przedwojenne Wilno. I chyba od tego zaczęło się zainteresowanie moją twórczością na Litwie, z czego, oczywiście, bardzo się cieszę.

Joanna Jax (właśc. Joanna Jakubczak) – urodziła się i mieszka w Olsztynie. Absolwentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Nie tylko pisze powieści, lecz także maluje na szkle unikatową techniką warstwową, pasjonuje się literaturą biograficzną i grafiką. Zajmuje się również copywritingiem i jest wolontariuszką w Fundacji dla Rodaka. Zadebiutowała w 2014 r. Dziedzictwem von Becków, które zachwyciło zarówno recenzentów, jak i czytelników. Kolejne powieści: Długa droga do domu (2015) i Piętno von Becków (2016) ugruntowały status Joanny Jax jako pisarki. Miłośnicy jej twórczości entuzjastycznie przyjęli książki Syn zakonnicy (2018), Białe róże z Petersburga (2019) i Drugi brzeg (2020), a także cykle powieściowe – sześć tomów Zemsty i przebaczenia (2016–2018) oraz trylogie Zanim nadejdzie jutro (2018, 2019), Prawda zapisana w popiołach (2019, 2020), Córka fałszerza (2020), Duchy minionych lat (2021, 2022). Laureatka Wawrzynu – Literackiej Nagrody Warmii i Mazur za rok 2016 (nagroda czytelników). Pod pseudonimem Patrycja May wydała humorystyczną powieść Pamiętnik ze starej szafy (2017, 2019).