Ludzka naiwność jest niezmienna

O ludzkiej naiwności, koszmarach i Dzikim Wschodzie z Jarosławem Molendą, autorem Piekielnej Mańki, rozmawia Adam Podlewski.

Fot. Jordan Rzepka

Adam Podlewski: W jaki sposób zainteresował się Pan zbrodniczą karierą Germanidy Szykowicz?

Jarosław Molenda: To był całkowity przypadek, bo Druga Rzeczpospolita to nie jest moja ulubiona epoka, a może raczej powinienem powiedzieć: „nie była"... W każdym razie szukając ikonografii do mojej książki Wampir z Warszawy na stronie Narodowego Archiwum Cyfrowego natknąłem się na „Akta Sądu Okręgowego w Suwałkach w sprawie [karnej] Stanisława Zbońskiego i Janiny Zbońskiej [zam. Warszawa], oskarżonych z art. 51 i 455 ust. 11 i 12 Kod. Karn. [o zamordowanie Anny i Teodora Wasilewskich i kradzież ich rzeczy]". Pobieżna kwerenda internetowa nie przyniosła wielu informacji, ale okazały się one na tyle intrygujące, że nomen omen zwęszyłem krew, czyli pomyślałem, że to może być świetny materiał na książkę. Praca nad nią zajęła mi chyba ze dwa lata, bo jednocześnie przecież pisałem inne książki, na które miałem podpisane umowy, a ten temat drążyłem w wolnym czasie. Ogromną pomocą służyli mi pracownicy Archiwum Państwowego w Suwałkach, dyrektor Tadeusz Radziwonowicz i kustosz Ryszard Jarmołowicz.

A.P.: Co sądzi Pan o romantycznym obrazie II RP, jako sielskiego i spokojnego czasu w polskiej historii?

J.M.: Och, jest całkowicie fałszywy, ale okres międzywojnia jest jednocześnie nader barwnym wycinkiem naszych dziejów i niesłychanie podobnym do naszej dzisiejszej rzeczywistości. Pomijając kwestie rozwoju technologicznego mamy „powtórkę z rozrywki", czyli inflację, bezrobocie, fatalne sądownictwo, niedoinwestowaną policję i wojsko, bezkarnych polityków, spory o prawa aborcyjne i nieustanną wojenkę „polsko-polską", problemy z Sowietami. Brzmi znajomo? (śmiech)

A.P.: Czy uważa Pan polskie Kresy za obiecujące pole do wykorzystania przez popkulturę, niczym Nowa Anglia, która stała się sceną dla horrorów Howarda Phillipsa Lovecrafta i Stephena Kinga?

J.M.: O, tak, jak najbardziej, wprawdzie to nie moja bajka, jak to mówią, ja jestem autorem „do bólu" literatury faktu, nie stosuję fabularyzacji, trzymam się akt niczym zaraza zboża – jedni to lubią, inni nie... Ale klimaty czy folklor Podlasia, czy w ogóle Kresów aż się proszą o wykorzystanie. W ten sposób zaistniał przecież Dolny Śląsk, ale i moje strony, czyli Pomorze Zachodnie oferują spore możliwości....

A.P.: Jakim cudem przestępcza para, która Pan opisuje, nie została złapana mimo kilku lat używania prostego, wręcz prostackiego modus operandi?

J.M.: Miało na to wpływ kilka czynników. Wspomnę tylko o dwóch – moim zdaniem najważniejszych. Trzeba bowiem pamiętać, że nasi „polscy Bonnie i Clyde z Kresów Wschodnich" działali tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w kraju panował chaos, policja dopiero się organizowała, właściwie wszystkie struktury państwa trzeba było odbudowywać, scalać różne systemy prawne funkcjonujące w trzech zaborach. Pamiętajmy, że trwała wojna polsko-bolszewicka, przy wschodniej granicy pojawiały się dywersyjne oddziały Sowdepii, granice były słabo zabezpieczone, zwłaszcza że biegły przez obszary trudne do upilnowania. Łatwo było się wmieszać w tę ludzką masę, wojska, przesiedleńców, uciekinierów... No i drugi czynnik – pomimo prymitywnego modus operandi para nie zwracała uwagi organów ścigania, gdyż co prawda trup ścielił się gęsto, ale oni często zmieniali obszar działania. Szlak ich zbrodni wiódł od Wilna przez Lwów po nawet Częstochowę i Poznań. Nawet współczesna policja miałaby problem, by powiązać wszystkie morderstwa.

A.P.: Czym różni się zainteresowanie ludzi z lat XX od współczesnych fascynacji słynnymi przestępcami?

J.M.: Moim zdaniem niczym. Jedyna różnica to ta, że nie trzeba chodzić osobiście do sądu, bo najdrobniejsze szczegóły podają media. Fascynacja złem to nie wynalazek współczesności. To fenomen socjologiczny wart studiów akademickich. Nie zmienia to faktu, że głośne, bulwersujące sprawy, ludzie skazani za niewinność, celebryci i politycy zamieszani w przestępstwa to, parafrazując nieco, „coś, co nas podnieca"...

A.P.: Ofiary Piekielnej Mańki i jej partnera często wykazywały niezwykłą naiwność w kontaktach z morderczą parą. Czy powszechny obecnie dostęp do literatury i kina kryminalnego, a także donoszących o przestępstwach mediów stanowi społeczne zabezpieczenie przed podobnymi zagrożeniami?

J.M.: Ani trochę. Ludzka naiwność jest niezmienna, nie zna granic ani wieku, świadczą o tym przecież głośne sprawy z ostatnich lat, by wspomnieć choćby aferę Amber Gold, działalność oszustów wyłudzających pieniądze „na wnuczka" czy „na policjanta"... długo by wymieniać...

A.P.: Czy nie kusiło Pana opisanie historii naszych bandytów-literatów: Sergiusza Piaseckiego i Urke Nachalnika?

J.M.: Nie, z dwóch powodów. Obaj opisali swoje wyczyny w swoich wspomnieniach, więc temat uważam za wyczerpany, niewiele bym chyba dorzucił... Ja dopiero zaczynam przygodę z II RP, ale już widzę, że to kopalnia fascynujących tematów, więc wolę eksploatować wątki mniej znane, ale niestety jest problem ze źródłami, nie wszystkie gazety są w formie cyfrowej, a przede wszystkim kompletne, jeszcze gorzej wygląda sprawa z aktami – w wyniku dwóch wojen niewiele się zachowało w archiwach, część może być za wschodnią granicą...

Fot. Jordan Rzepka

A.P.: Pisze Pan także o roślinach i kulinariach. Czym różni się praca przy tak niewinnych tematach od brodzenia w makabrze?

J.M.: Warsztatowo niczym. Natomiast pewien płodozmian jest konieczny dla zdrowia psychicznego autora (śmiech). Proszę mi wierzyć, po napisaniu biografii Marii Mandl Sadystka z Auschwitz czy po serii tytułów true crime o seryjnych mordercach jak Bikini Killer albo Krwawy Peter nie jest łatwo wyrzucić ze świadomości ogrom zbrodni, przemocy, tragedii... Śnią mi się koszmary, stosy trupów, zmasakrowane zwłoki... Muszę co jakiś czas, po prostu muszę przerzucić się na inną tematykę. Kiedyś więcej pisałem do gazet i te artykuły stanowiły taką odskocznię, ale teraz ten rynek jest trudny. Na ostatni tekst w „Gazecie Wyborczej" czekałem chyba osiem miesięcy – przez ten czas jestem w stanie napisać ze dwie książki (śmiech). Dlatego gdy dostaję taką fajną propozycję jak opowieść o najsłynniejszych kawiarniach W 80 filiżanek dookoła świata czy coś w rodzaju przewodnika po wyspach greckich, to z ulgą i przyjemnością zabieram się do takiego tematu. To w tym momencie nie praca a... terapia.

A.P.: Czy czytuje Pan kryminały retro?

J.M.: Ja ostatnio właściwie prywatnie już nic nie czytuję, bo muszę zapoznać się z tak licznymi aktami i dokumentami, że nie mam ani czasu, ani zdrowia – siadają oczy, kiedyś muszą odpocząć przecież...

A.P.: Jakie ma Pan plany twórcze na najbliższą przyszłość?

J.M.: O planach nic nie powiem, by nie zapeszać albo nie rozbawić Pana Boga, ale zdradzę najbliższe tytuły, które powinny ukazać się jeszcze w tym roku. Oprócz Piekielnej Mańki, z okazji której się spotkaliśmy, powinna pojawić się wydana przez IPN biografia Alfreda Szklarskiego Sprzedawca marzeń, dla wydawnictwa Filia kończę właśnie Dzieci nazistów, Replika przygotowuje tytuł Rogaci święci. Skandaliści w aureoli i sutannie, a do Bellony lada moment odsyłam opowieść o najsłynniejszych używkach o podtytule Od betelu do yerba mate...

A.P.: Dziękuję za rozmowę!

 

Jarosław Molenda – pisarz, publicysta i podróżnik. Absolwent filologii klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Członek South American Explorers i Polskiego Klubu Przygody. Autor książek popularnonaukowych i historycznych, w tym z gatunku true crime.