Marymonckie młyny Adama Podlewskiego już 12 stycznia...

 

 

Już za tydzień premierę będzie miała najnowsza książka Adama Podlewskiego „Marymonckie młyny" (kup w przedsprzedaży już dziś)! 3 listopada 1771 ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski zostaje porwany. Wraca na dwór już dzień później, zupełne odmieniony.

Poniżej przedstawiamy Państwu fragmenty artykułu Adama Podlewskiego Od Miodowej do marymonckiego młyna. Tajemnica porwania króla Stasia, który ukazał się we wrześniu 2020 r. na łamach miesięcznika „Skarpa Warszawska".

 

 

250 lat temu nastroje w narodzie dalekie były od spokojnych. Od eskalacji wojny domowej uratowały Rzeczpospolitą honor i niekompetencja. A zaczęło się na Miodowej...


Rzeczpospolita Obojga Narodów to kraj bez królobójców. A dokładniej pisząc: bez królobójców skutecznych, gdyż co najmniej jeden zamachowiec wyraził zamiar i usiłował skrócić żywot swojego władcy. Mówimy tu o nieudanym zamachu Michała Piekarskiego herbu Topór (1597–1620) – nigdy do końca niewyjaśnionej sprawie z polskich dziejów historii. Piekarski był od młodości (kiedy uległ poważnemu urazowi głowy) uważany za melancholika, co oznaczało zapewne poważną chorobę psychiczną o podłożu somatycznym. 15 listopada 1620 roku przed kolegiatą św. Jana w Warszawie dwukrotnie ugodził Zygmunta III Wazę czekanem. Nim jednak zdołał zadać królowi poważne rany, został obezwładniony przez marszałka Łukasza Opalińskiego oraz królewicza Władysława (czyli późniejszego króla Władysława IV). Mimo widocznej choroby zamachowca szok spowodowany jego czynem był ogromny. Samego winowajcę poddano śledztwu z użyciem tortur, podczas których niedoszły królobójca miał mówić niestworzone rzeczy (stąd popularne powiedzenie „Pleść jak Piekarski na mękach"). Sąd sejmowy skazał szaleńca na śmierć, a wyrok wykonano 27 listopada tego samego roku.
Jednak półtora wieku potem Warszawa była świadkiem innego aktu, który wedle interpretacji ówczesnych i późniejszych historyków mógł być porwaniem albo nieudanym zamachem. Wieczorem 3 listopada 1771 roku król Stanisław August Poniatowski został porwany ze skrzyżowania Miodowej i Koziej, doświadczył serii dziwacznych zdarzeń, aby powrócić do Warszawy przed południem następnego dnia. Historia ta do dziś budzi zaciekawienie badaczy, ze względu na niezwykłość porywaczy. Wykazali się oni budzącą podziw odwagą oraz niekompetencją.


NIEDZIELNY WIECZÓR
O samych wydarzeniach nie wiemy wiele. Opisał je dość dokładnie w pamiętniku sam władca, ale nasze zaufanie do przebywającej w centrum wydarzeń ofiary musi być nieco ograniczone. Opis samej sceny napotkania porywaczy wydaje się spójny z naszą wiedzą o wydarzeniu. Oddaję głos samemu zainteresowanemu (piszącemu te dramatyczne wspomnienia w trzeciej osobie):
W niedzielę 3 listopada 1771 roku król wybrał się z wieczorną wizytą do swego wuja kanclerza, który czuł się niedysponowanym. Świta królewska, zazwyczaj nieliczna, tego wieczoru jeszcze mniej była pokaźna. [...] noc wtedy nader była ciemna. Kiedy się król na dwieście kroków zbliżył do domu wuja przy ulicy Kapucyńskiej, [...] ludzie, co poprzedzali karetę, odcięci zostali przez kilku jezdnych, którzy nagle z uliczki Koziej wyskoczyli [...]. Część ich, dosyć liczna, otoczyła karetę, reszta zaś, co się w zasadzce czaiła w uliczce, która łączy Kapucyńską z Podwalem, zaszarżowała na pierwsze konie zaprzęgu, a jeden z nich, pistolet przyłożywszy do piersi pocztyliona, zmusił go do zatrzymania, kiedy inni strzelali do stangreta [...]. Karetę ponad dwadzieścia kul przeszyło, w tym kilka również i pelisę króla, nie czyniąc mu krzywdy, podczas gdy ci, co je wystrzelili, nie ustawali obrzucać go przekleństwami i groźbami najstraszliwszymi, od wrogów religii i ojczyzny go traktując. Poznał po tym, z kim ma do czynienia. Gdy adiutant jego przez jedne z drzwiczek wyskoczył, dostał płazem szabli w głowę i przytomność stracił. Król się wydostał drugimi drzwiczkami, myśląc, że mu się w pałacu wuja uda schronić.


Ale drzwi zamknięte już znalazł, a mordercy go ścigali. Jeden z nich od tyłu go zajechał i sponad głowy konia z bliska doń strzelił z pistoletu, a kula o szczyt królewskiej czaszki się otarła, co zapewne przyczyną rany było, którą potem szabli przypisywano. Kiedy padł strzał, król tylko ciepło poczuł ognia z lufy, ale sam kształt rany i liczne w niej kości odłamki raczej na kulę wskazują niźli na szabli cięcie [...]. Najniebezpieczniejsza i najboleśniejsza była to dla króla chwila, bo oddechu zaczynało mu nie starczać i jeszcze chwila, a by się udusił.


Opis ten zgadza się z ustaleniami historyków. Między godziną 21 a 22 w niedzielę 3 listopada król faktycznie wracał z wizyty u Michała Czartoryskiego, z pałacu Radziwiłłów (obecnie pałac Paca). Podróżował tylko z kilkuosobowa asystą zamiast obstawy. Jeśli wierzyć dobremu oku monarchy, napastników było 36. Towarzysze władcy uciekli, tylko dwóch hajduków (zastrzelony Jerzy Butzau i raniony Szymon Mikulski) zdało egzamin wierności. Stanisław August faktycznie został niegroźnie, ale boleśnie ranny w głowę podczas próby dotarcia do pałacu Czartoryskich (zapewne nierozważnym strzelcem był Jan Kuźma).


Następnie król opisał przymusową ucieczkę z Warszawy, przeprawę przez okopy graniczne (podczas której monarcha utaplał się w błocie), drogę do Burakowa i wzdłuż Polkowej Góry oraz dysputy, które prowadził z dowódcą porywaczy Janem Kuźmą. Kiedy w wyniku chaosu, niskiego morale i ciemności oddział Kuźmy się rozproszył, Stanisław August zaczął znów przekonywać zamachowca i wyczuł, że ma poważne szanse na sukces.
Kuźma wyraźnie się zakłopotał i zaczął się na los swój uskarżać, mówiąc, że kiedy się jego oddział rozproszył, zrozumiał, iż jego przyszła sytuacja, kompania kawalerii, powóz własny etc. we mgle się rozwiały, ale powracał wciąż do słowa, którym był związany.


Król wtedy zaczął mu dowodzić, że zmuszenie go do takiej przysięgi samo w sobie zbrodnią było, z którejkolwiek spojrzeć by strony. Kuźma powoli miękł w owej dyspucie, szczególnie zaś gdy mu król uwagę zwrócił na widomą opiekę niebios nad sobą, które go oszczędziły mimo tak wielu dla niego przeznaczonych ciosów.
Ostatecznie król i porywacz dotarli piechotą do młyna, jednego z osławionych młynów marymonckich, produkujących znaną w okolicznych krajach delikatesową mąkę. Młynarz udzielił im skromnej gościny (nie wiadomo, czy uwierzył, że przyjął pod swój dach monarchę, czy do pomocy przekonała go szabla Kuźmy). Ostatecznie konfederata zgodził się na wysłanie umyślnego na zamek, aby powiadomić odpowiedzialnego za bezpieczeństwo króla pułkownika Coccei o szczęśliwym końcu przygody.


Gwardia królewska przybyła po monarchę nad ranem. Kuźmę aresztowano, ale król zapewniał gwardzistów o niewinności konfederata. Odbyło się szybkie śledztwo, podczas którego skruszony zamachowiec wydał sześciu wspólników. Sądzono ich przed sądem sejmowym, zwołanym przy okazji sejmu rozbiorowego. Kuźmę skazano na banicję (acz król przyznał mu sowita pensję 300 lub 400 dukatów rocznie), choć prawdziwą karą był dla niego obowiązek uczestnictwa w egzekucji współpracowników. Choć król prosił o łaskę dla wszystkich skazanych, ułaskawianie przestępców nie należało do prerogatyw monarszych. Ostatecznie Waleriana Łukawskiego zdecydowano się poćwiartować dopiero po śmierci (jako wyraz humanistycznego nastawienia epoki), za to na oczach warszawskiej gawiedzi i doprowadzonej siłą (przy pomocy Kuźmy) żony. Jego ciało spalono. Ścięto (bez ćwiartowania) Antoniego Cybulskiego, który nie uczestniczył w porwaniu, ale ukrywał spiskowców. Pozostali oskarżeni otrzymali wyroki więzienia i konfiskaty majątku. Żonę Łukawskiego uniewinniono, ale doświadczyła ona załamania nerwowego i kilka dni później zmarła.


Sam zamachowiec udał się na wygnanie do Państwa Kościelnego, choć w 1804 roku wrócił i do śmierci w 1822 żył w Warszawie. W ten sposób wołyński narwaniec stał się warszawskim celebrytą, przy pomocy politycznego spisku, łaski króla i mylących drogę mgieł w Lasku Bielańskim. Jako urodzony i wychowany na warszawskich Bielanach mogę poświadczyć, że w Lasku, szczególnie przy Polkowej Górze, nocą drogę zgubić nietrudno, błoto tam bywa okrutne, a magia okolicy sprzyja poważnym rozmyślaniom i duchowym metanojom, czego doświadczyłem nieraz na własnej skórze.


Stanisław August starał się zawsze sugerować nadprzyrodzony charakter jego ocalenia – o szybkie przywrócenie monarchy miała dbać sama patronka miasta Matka Boska Łaskawa tym łacniej, że to sprzed jej świątyni porwano króla. Zrobiło to najwidoczniej wrażenie na Kuźmie, zapewne też na ogóle warszawiaków (którzy przez następne dni szczerze fetowali powrót niezbyt lubianego dotychczas króla), ale sam monarcha w innych okazjach nie prezentował wdzięczności patronce.


Wedle anegdot tuż przed śmiercią w Petersburgu Stanisław August miał wspominać Marymont w swoich gorączkowych monologach. Służba myślała, że król tęsknił za smakiem wypieków z mąki marymonckiej, ale czyż nie było możliwe, że wspominał on dramatyczne wydarzenia z nocy 3 na 4 listopada 1771 roku?


(...)
TEORIE SPISKU
Faktycznie na nieudanym zamachu zyskali Rosjanie, gdyż kompromitował on konfederatów, a i ośmieszał króla, który od tej pory był już zupełnie bezwolną marionetką carskich posłów. Czy jednak rosyjski poseł Kasper von Saldern był zamieszany w, jeśli nie organizację, to sprowokowanie zamachu? Nie sposób znaleźć na to dowodów, a jak w przypadku każdej teorii spiskowej najgroźniejszym wrogiem skomplikowanego planu jest jego komplikacja właśnie – brzytwa Ockhama każe nam przyjąć, że choć Rosjanie ucieszyli się z kłopotów króla, raczej ich nie spowodowali.


Czy zamachowcy naprawdę wierzyli, że skłonią króla do abdykacji, a taki akt zostanie zaakceptowany przez sejm? Wedle oskarżeń podczas procesu zamachowców Kazimierz Pułaski miał liczyć na śmierć monarchy podczas porwania. Generał zaprzeczał tym zarzutom, rozsądnie jednak – z daleka, per procura.
Jerzy Łojek promował niegdyś inną spiskową interpretację wydarzeń. Według historyka zamach został zaplanowany przez samego króla w celu oczernienia konfederatów. Jan Kuźma mógł być więc człowiekiem na usługach Stanisława Augusta, a rana, z jaką król się obnosił, to rezultat sprzeczki ze sługą zazdrosnym o swoją małżonkę (co zresztą podejrzewa wielu badaczy). Jednak ten scenariusz wydaje się nieprawdopodobny z wielu względów, acz przede wszystkim z powodu swego niezwykłego skomplikowania. Czy król musiał przez całą noc udawać bezbronną ofiarę? Czy nie wystarczyłoby ową hecę zainscenizować jako atak nowego Piekarskiego? Nie na warszawskiej ulicy, ale nawet na zamku, w bezpiecznym otoczeniu, przy wybranych świadkach...
Choć z punktu widzenia interesów Rzeczpospolitej porwanie, a zwłaszcza nieudane porwanie, przyniosło tylko opłakane skutki (ośmieszenie króla, uniemożliwienie kompromisu z konfederatami i dostarczenie pretekstu piszącym na zamówienie Katarzyny II antypolskim propagandystom), w jednym zasiało dobre dzieło. Kazimierz Pułaski, skompromitowany w Europie, udał się na emigrację i zasłynął jako bohater wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Do dziś pozostaje najbardziej znanym bohaterem dwóch narodów, a w trudnych okresach dziejowych (I wojna światowa, rok 1920) jego pamięć zjednywała sympatię Amerykanów wobec sprawy polskiej. Porwanie króla pozostaje też fascynującą zagadką, a przy tym okazją do zgłębienia ducha epoki – pełnej politycznej hipokryzji, spisków i przemocy, ale niepozbawionej rzadkiego w dziejach poczucia honoru oraz przejawów sarmackiej fantazji.


autor: ADAM PODLEWSKI – historyk, filozof. Autor licznych opowiadań i powieści historycznych Honor i zbrodnia, Zakon Świętego Brutusa. Opowieść spiskowa o dawnej Warszawie i Dzień sznura.