Oblicza śmierci - Grzegorz Kapla

 

 

WSTĘP

 

Żył raz ubogi krawiec, który miał dwanaścioro dzieci. Kiedy urodził mu się kolejny syn, nie było nikogo, kto mógłby trzymać chłopca do chrztu. Zapytam pierwszego, który będzie przechodził – postanowił krawiec i wyszedł na drogę. Pierwszy szedł Pan Bóg.

Nie, jego nie poproszę, Bóg błogosławi tylko bogaczom – pomyślał ojciec i czekał dalej.

Drugi szedł Diabeł.

Nie poproszę go, bo jest kłamcą, kusicielem i sprowadza ludzi na złą drogę – stwierdził krawiec.

Trzecia szła Śmierć.

Ona wszystkich traktuje równo, bogatych i biednych. Ona jest uczciwa – pomyślał i poprosił o pomoc Śmierć.

Tak, stara opowieść braci Grimm dotyka jednej z najważniejszych prawd o śmierci – wszyscy jesteśmy wobec niej równi. W każdym razie tak nam się wydaje, bo w różnych kulturach i różnych czasach bywało z tym… różnie. W Egipcie faraonów każdy wiedział, że śmierć faraona i śmierć zwykłego fellacha nie mają ze sobą nic wspólnego – religia starożytnego Egiptu służyła w zasadzie temu, żeby władcy, który sam jest bogiem, urządzić wygodną, bezpieczną i dostatnią wieczność.

Ci, którzy pozostają po naszej stronie życia, muszą sobie poradzić ze śmiercią i tak na dobrą sprawę trudno określić, czy rytuały żałobne potrzebne są bardziej nam czy tym, którzy odeszli. Czy kiedy starzy bogowie uczyli pierwszych kapłanów ludzi, co mają mówić i co czynić, chodziło im bardziej o spokój tych, co muszą pozostać, czy też o to, żeby ci, co odchodzą, potrafili odnaleźć właściwą drogę? W społeczności ludów Papui, żyjących do dziś nieomalże w epoce kamienia, skoro nie znali żelaza jeszcze pół wieku temu, pożegnanie zmarłego wojownika wymaga od wszystkich, od całej społeczności, żeby płakali.

To rozdzierający płacz.

Rytuały żałobne należą do najbardziej podstawowych w ludzkich kulturach. Spełniają trzy zasadnicze funkcje: mają przygotować umierającego do odejścia ze świata żywych, mają pozwolić mu na zorientowanie się w zaświatach, a tym, co pozostają, mają pomóc w pogodzeniu się ze stratą i ułożeniu sobie życia na nowo.

W niektórych kulturach są niezwykle rozbudowane. W innych – na przykład w naszej współczesnej, szybko laicyzującej się kulturze pośpiesznej tandety – stają się powierzchowne i zdawkowe.

Jeśli nie należymy do ludzi wierzących, pozostaje nam uczcić zmarłego minutą ciszy i zamieścić emotikon smutnej buźki na fejsie.

Kiedyś sądziliśmy, że kulturę tworzyć mogą tylko ludzie, dzisiaj nauka przeczy temu poglądowi. Niektóre zwierzęta też to potrafią.

Zwierzęta stadne bez wątpienia rozpoznają śmierć. Psy towarzyszą choremu, kładą się przy nim, liżą go, ale na tę ostatnią, ostateczną chwilę odchodzą. Potem nie wyją. Nie wspominają i nie rozpamiętują. Naukowcy uważają, że kiedy pies kładzie się na grobie swojego pana, czyni to dlatego, że stracił przewodnika stada i utracił wszelkie więzi społeczne, ale czy rozpacza z powodu utraty, czy własnej samotności –
nie umiemy stwierdzić z całą pewnością.

Utarło się przekonanie, że słonie mają swoje cmentarzyska i że odprowadzają tam starsze osobniki, ale nie jest to prawdą, lecz legendą z opowieści o Tarzanie. A jednak słonie rozumieją, czym jest śmierć, bo kiedy umiera dominująca samica, schodzą się, żeby ją pożegnać, i zmienia się ich zachowanie. Powiedzielibyśmy, że stają się smutne. A kiedy znajdują szkielet innego słonia, zatrzymują się i dotykają go trąbami.

Szympansy zabierają ze sobą zmarłe młode. Matka nosi je przez długi czas, choć to bardzo utrudnia jej życie. Jeśli to pojedynczy, indywidualny przypadek, możemy mówić o żałobie, ale jeśli robią tak wszystkie samice – naukowcy mówią o kulcie. W Gwinei małpy nauczyły się mumifikować ciała młodych zmarłych, choć wymaga to długiej pracy, bo nie wolno pozwolić owadom, żeby złożyły w ciele jaja. Profesor Dora Biro opisała badania nad tą populacją w 2010 roku.

Nie tylko my, ludzie, musieliśmy znaleźć sposób na uporanie się ze śmiercią.

Każda ludzka kultura czyniła to, i wciąż czyni, za pomocą opowieści i rytuałów, czasami bardzo odległych od tego, co znamy z własnego świata. Wikingowie mieli osobne zaświaty dla tych, co polegli w boju, dla bogatych wojowników, którzy nie dostąpili tego zaszczytu, no i dla zwykłego pospólstwa.

Śmierć jest obecna w dziejach człowieka od jakichś 100 tysięcy lat, czyli od momentu, w którym zdaniem naukowców pojawił się homo sapiens, istota obdarzona świadomością, zdolna rozpoznać, kim jest, zrozumieć, że jest odrębna od otaczającego ją świata, i doświadczyć nie tylko tego, że żyje, lecz także tego, że pewnego dnia to się skończy.

Skończoność życia pozwoliła ludziom odkryć jego piękno. Oczywiście nie wszystkim. Niektórzy wciąż marnują czas na smartfony i Instagramy, zupełnie nieświadomi tego, że czasu jest mniej, niż im się wydaje.

Świadomość tego, że wcześniej czy później każdemu z nas przyjdzie się zmierzyć ze śmiercią, miała poważne kulturotwórcze skutki. Rytuały dotyczące narodzin, inicjacji i umierania legły u podstaw tworzenia się ludzkich cywilizacji. W ciągu tych wszystkich lat, setek pokoleń, śmierć była stale obecna w życiu każdego człowieka. Wojny, zarazy, polowania czy choćby wiejskie życie dzieci, dla których śmierć zwierząt rzeźnych nie była niczym dziwnym i niezrozumiałym.

Wszystko zmieniło się w naszej, zachodniej części świata wraz z końcem II wojny światowej. Dorosły kolejne pokolenia ludzi, dla których pierwszy kontakt ze śmiercią to chwila, kiedy przychodzi właśnie po nich. Żyjemy dziś, zdaniem badaczy, w kulturze zaprzeczania śmierci. Nie zabieramy dzieci na pogrzeby, głosujemy w sejmie ustawy o tym, żeby zakazywać im udziału w polowaniach, mamy diety i zestawy ćwiczeń, które pomagają nam zachować wieczną młodość, czterdziestka to nowa osiemnastka, a kiedy ktoś umiera, mówimy, że „odszedł do wieczności”, „przeszedł na drugą stronę tęczy” albo że „zasilił grono aniołków”, choć to kłamstwo, bo ludzie nie mogą stać się aniołami ani za życia, ani po śmierci. Zmieniają się żałobne rytuały. Dziś, żeby pożegnać tego, który już nie powróci, nie pamiętamy o tym, aby zasłaniać lustra; wystarczy, że pamiętamy numer do domu pogrzebowego, a oni już się tam wszystkim zajmą, z księdzem, rabinem, pastorem czy imamem w razie potrzeby.

O dodatkowym wigilijnym nakryciu mówimy, że jest dla zbłąkanego wędrowca, choć przez całe stulecia wszyscy wiedzieli, że jest dla tych, co zmarli w ciągu minionego roku.

Z jednej strony myśl o własnej śmierci odsuwamy od siebie z wielką starannością i zaangażowaniem. Ale z drugiej strony fascynuje nas coraz bardziej śmierć innych ludzi. Przyciąga naszą uwagę w wiadomościach, literaturze i kinie. I to nie tylko w wersji fantasy, jak te wszystkie opowieści o zombie, ale też obyczajowej – serial Sześć stóp pod ziemią, poświęcony perypetiom rodziny prowadzącej zakład pogrzebowy, miał kilka udanych sezonów.

Z atrakcyjności przekazu dotyczącego śmierci szybko zdali sobie sprawę choćby terroryści, i do propagowania swoich żądań zaprzęgli dziennikarzy, posyłając im w zamian filmiki z egzekucjami zakładników.

Popkultura karmi nas obcą śmiercią, bo to odsuwa myśl o naszej własnej. Odkąd rewolucja francuska wygnała z naszego świata Zmartwychwstałego, zastępując go czystym rozumem, odrzucającym wszelkie niemające naukowych podstaw opowieści, nie wolno nam wierzyć w życie wieczne, a lęk przed śmiercią musimy tłumić za pomocą alkoholu, narkotyków, zakupów, zabawy, zwłaszcza w piąteczek, i czarnego humoru w Halloween. Nowocześni, wykształceni, niewierzący ludzie uwierzyli, że przebranie się za ducha albo paradowanie z wydrążoną dynią po ulicach uchroni ich przed umieraniem.

Nadzieja umiera ostatnia.

To nie jest antropologiczna ani w ogóle naukowa książka. I nie rości sobie pretensji do tego, żeby wyjaśnić, czym jest tajemnica śmierci. Taką książkę mógłby napisać jedynie ktoś, komu udało się powrócić z tamtej strony – ot, choćby Łazarz z Betanii, jeśli wierzyć ewangeliście Janowi, Ozyrys, jeśli ufać egipskim kapłanom, Dionizos porozrywany na kawałki przez Tytanów i przywrócony do życia przez Reę czy Odyn samobójca, który powiesił się na gałęzi Yggdrasill – drzewa mądrości i przebił sobie włócznią bok, żeby jego dusza mogła poznać prawdę i dotrzeć do Źródła Mądrości, napić się i powrócić z martwych.

To książka o tym, co o spotkaniach ze śmiercią myślą ludzie różnych kultur, niekiedy bardzo odległych od siebie
w czasie i przestrzeni.

Mam nadzieję, że okaże się ciekawa.

Ach, nie zapominajmy o chłopcu, którego Śmierć trzymała do chrztu.

Otóż niczego mu w życiu nie brakowało, bo Śmierć jest hojnym przyjacielem. Najcenniejszym darem była rada, żeby został lekarzem.

– Ile razy wezwą cię do chorego, sprawdź, gdzie stoję, jeśli u głowy łóżka, przepisuj lekarstwa, jeśli w nogach, powiedz, że wybiła już godzina chorego. Twoje diagnozy będą zawsze bezbłędne.

I tak się stało. Syn krawca został najlepszym medykiem swoich czasów. Kiedy wezwano go do króla, spostrzegł, że śmierć stoi w nogach łóżka. Kazał natychmiast je obrócić i podał choremu magiczne zioła.

– Nigdy więcej ze mną nie igraj – powiedziała Śmierć. – Drugiego ostrzeżenia nie będzie.

Tymczasem świętowali ozdrowienie króla i młody doktor zakochał się w jego córce. Wirus wszakże nie próżnował i w tydzień zachorowała księżniczka. Doktor zobaczył Śmierć w nogach łóżka i wiedział, że to koniec, ale zakochany człowiek traci przecież rozum, więc obrócił łoże i podał dziewczynie lek.

Śmierć zawiodła go do jaskini życia. Płonęły tam świece wszystkich ludzi. Kiedy któraś się dopalała, Śmierć wiedziała, że nadszedł jego czas.

– Proszę cię, chrzestna matko – błagał lekarz – pozwól mi wrócić.

– Kocham cię, ale mówiłam ci, że nie wolno igrać ze Śmiercią – odparła i dwoma palcami zgasiła jego świecę.

Niech wasze płoną jak najdłużej. 

 

OBLICZA ŚMIERCI

Data premiery: 05.05.2021

Autor: Grzegorz Kapla

ISBN: 978-83-66644-78-6

Rok wydania:2021

Format: 14.0 x 20.5 cm