Stadnicki to prawdziwy diabeł

O Bieszczadach, inspiracjach literackich i czarnym humorze z Michałem Śmielakiem, autorem thrillera Pomruk, rozmawia Marek Teler.

Fot. Kamil Susfał

Marek Teler: Pomruk to Pana czwarta książka – tym razem jest to mroczny thriller, którego akcja osadzona jest w Bieszczadach. Dlaczego zdecydował się Pan uczynić z miejsca kojarzącego się z wypoczynkiem arenę mrocznej kryminalnej zagadki?

Michał Śmielak: Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady – mawiają przemęczeni codziennością mieszkańcy wielkich miast, czyż nie? Jednak przez wiele lat było to miejsce, gdzie uciekali nie ludzie, którzy chcą zrzucić garnitur, ale właśnie ci, na których znalazł się odpowiedni paragraf. Bieszczady nie są już tak dzikie jak kiedyś, a pamiętam nieco te czasy. Miałem sześć lat, gdy pierwszy raz spędzałem tam wakacje: w drewnianym domku, do którego trzeba było dopłynąć łódką. Brak prądu, bieżącej wody, ubikacji, tylko natura, las i góry. Zresztą kocham góry i chyba od tamtego momentu zaczęła się ta miłość. Akcję poprzedniej książki osadziłem w Karkonoszach, tej w Bieszczadach, jedna z kolejnych będzie w Beskidzie Niskim.

M.T.: Głównym bohaterem książki nie jest więc zmęczony życiem pracownik korporacji, lecz gangster, który pragnie odmienić swój los. Jak mógłby Pan opisać w kilku słowach głównego bohatera książki – Stanisława Stadnickiego?

M.Ś.: To prawdziwy diabeł. Zresztą, jeśli chcą się Państwo dowiedzieć czegoś o nim, to wystarczy troszkę poszperać i wiele się Wam wyjaśni. Stadnicki to człowiek, który ma zdecydowanie zbyt wiele na sumieniu, ale także ojciec. Sam jako tata zadaję sobie często pytanie, czy naprawdę zły człowiek, morderca na przykład, potrafi kochać swoje dzieci tak jak ja? Stadnicki nie chce odmienić swojego losu, coś w nim pękło i postanawia umrzeć, jednak dużo trudniej odebrać życie sobie niż komuś obcemu.

M.T.: Czy uważa Pan, że człowiek może całkowicie odciąć się od swojej przeszłości i zacząć wszystko „od nowa", czy jednak – tak jak Pańskiego bohatera – prędzej czy później ta przeszłość znów nas dosięgnie?

M.Ś.: Jeśli chcemy zostawić za sobą życie i zacząć od nowa, to coś musiało do tej pory pójść zdecydowanie nie tak. Jeśli robiliśmy dużo złego, to znajdzie się ktoś, kto pamięta, szuka zemsty lub sprawiedliwości. Niestety, wielu złych ludzi potrafiło nagle odstawić przeszłość i dożyć sędziwego wieku w spokoju – wystarczy popatrzeć na hitlerowców po drugiej wojnie światowej. Wielu nie udało się odnaleźć i osądzić.

Fot. Kamil Susfał

M.T.: W książce ważną rolę odgrywa postać pradawnego demona Biesa, który zamieszkiwał górskie tereny, znajdziemy w niej też inne nawiązania do historii i kultury regionu. W jaki sposób zbierał Pan informacje na temat folkloru Bieszczad?

M.Ś.: Wskażę tu kilka pozycji książkowych. Pierwszym autorem jest Leonard J. Pełka i jego Śladami pierwotnych wierzeń i Polska demonologia ludowa. Do tego Magiczne zawody Witolda Vargasa i Pawła Zycha, W kręgu wilkołaków i upiorów Bohdana Baranowskiego, Księga legend i opowieści bieszczadzkich Andrzeja Potockiego, no i na koniec Kuchnia Bieszczadu Krzysztofa Antoniszaka. Oprócz tego trochę klasycznego szperania po sieci w poszukiwaniu wywiadów, filmów. Nie zapominajmy też o tekstach Oskara Kolberga, niezrównanego etnografa.

M.T.: Pana powieści często opisują życie małych lokalnych społeczności i dotykają sfery sacrum – wierzeń, obrzędów i rytuałów. Co najbardziej fascynuje Pana w tej tematyce?

M.Ś.: Lokalną społeczność znam z autopsji, żyję w małym mieście, gdzie wszyscy się znają. Zafascynowała mnie też historia „zbrodni połanieckiej", gdzie lokalna społeczność utrzymywała zmowę milczenia przez dwa lata po okrutnej zbrodni dokonanej publicznie na swoich sąsiadach.

Co do tej sfery sacrum, to od zawsze interesowałem się kwestiami wierzeń, przesądów, duchów i demonów. Co ciekawe, Polska jest nimi wypełniona po brzegi i ślady słowiańskich wierzeń i obrzędów są z nami na co dzień. Unikamy witania się przez próg, strzepujemy resztę z kieliszka na ziemię, wiążemy czerwone wstążeczki przy wózkach dzieci i tak dalej.

M.T.: Mieszka w Sandomierzu, zatem zbrodnie i rozwiązywanie zagadek kryminalnych ma w genach – czytamy w Pańskim biogramie. Czy kręcony w Sandomierzu Ojciec Mateusz miał jakiś wpływ na Pana decyzję o tym, by zacząć pisać kryminały?

M.Ś.: Przyznaję się bez bicia: nie obejrzałem ani jednego odcinka Ojca Mateusza w całości. Oprowadzałem niegdyś klientów mojej firmy po mieście i opowiadałem im ciekawostki historyczne, a ci w końcu nie wytrzymują i pytają: a gdzie tu jest komisariat z serialu?. A ja nie mam pojęcia! Zacząłem szukać szybko w internecie, żeby nie wyjść na człowieka nieobeznanego w realiach swojego miasta. No i gdzie bym nie powiedział skąd jestem, to od razu słyszę jeden dowcip: ale tam u was niebezpiecznie w tym Sandomierzu.

Jeśli mówimy o wpływie powiązanym z moim miastem, to wspomnieć muszę Zygmunta Miłoszewskiego i jego książkę Ziarno prawdy, której akcja ma miejsce w Sandomierzu. Ten kryminał i jego udana ekranizacja gdzieś tam pchnęły mnie w stronę prozy gatunkowej.

M.T.: A do jakiego typu literatury sięga Pan najczęściej, jacy autorzy są dla Pana źródłem inspiracji?

M.Ś.: Z autorów zagranicznych numerem jeden jest dla mnie Stephen King. Inspiruje mnie głównie kulturą pracy, staram się postępować według jego wskazówek, czyli pisać po swojemu, ale regularnie i mieć duży dystans do swojej twórczości, ufać redaktorom. King to także mistrz snucia opowieści, u niego nie musi co stronę pojawiać się trup, tony flaków, krwi, a wszystko zatopione w morzu brutalności, a nie zapominajmy, że ten gość pisze horrory. Napisać osiemset stron bez wartkiej akcji tak, aby czytelnikom opadły szczęki, to jest poziom mistrza.

Obecnie czytam także bardzo dużo reportaży, ostatnio po prostu porwała mnie seria o TOPR autorstwa Beaty Sabały-Zielińskiej. Czytam także dużo literatury poświęconej prawdziwym zbrodniom.

Fot. Kamil Susfał

M.T.: W Pomruku, podobnie jak w innych Pana powieściach, znajdziemy pewne elementy humoru, w szczególności zaś czarnego humoru. Jakiego typu dowcipy Pana bawią, co wprawia Pana w dobry nastrój?

M.Ś.: Nienawidzę ponuraków. Uważam, że jako Polacy stanowczo za mało się uśmiechamy. Oczywiście obecna sytuacja to dla wielu przyczynek do śmiechu, ale głównie przez łzy. Ten humor w książkach stał się niejako moim znakiem firmowym, co oczywiście odbyło się całkowicie przypadkiem. Ja sobie nie zdawałem sprawy, że tyle tego humoru wprowadzam, dopiero reakcje czytelników mi to uświadomiły. Upatruję powodów w fakcie, że raczej jestem wesołym człowiekiem i lubię rozśmieszać ludzi na co dzień. Według mnie można śmiać się ze wszystkiego, byle z klasą. Lubię czarny humor, niepodrabialnego Monty'ego Pythona, a Stanisław Bareja to dla mnie ktoś, kogo już nigdy nie dogonimy w sposobie wyśmiewania absurdów życia codziennego. Uwielbiam także stand-up, głównie Jima Jefferiesa, ale też polskich komików.

M.T.: Wiem, że działa Pan w Grupie „Sarmata", która bierze udział w rekonstrukcjach historycznych. Do jakiego rodzaju wydarzeń są Panowie angażowani i czy ma Pan jakąś ulubioną historię związaną z aktywnością w „Sarmacie"?

M.Ś.: Przez ponad dwadzieścia lat historii uzbierało się sporo, wiele z nich przemycam do swoich książek. Jedna z ciekawszych to nasza obecność podczas rocznicy unii lubelskiej, gdzie spotkali się prezydenci Polski i Litwy. Ochrona prezydenta Lecha Kaczyńskiego podeszła z czujnikami metalu, aby nas zrewidować przed wpuszczeniem do musztry paradnej. Na nasz widok oficer BOR powiedział: nie no, chyba sobie jaja robicie, byliśmy zakuci w zbroje, nie mówiąc już o mieczach czy halabardach. Mieli bardzo dużą zagwozdkę, co zrobić z tym faktem. Finalnie jednak zaufano nam, przez co prezydenci mieli okazję zobaczyć paradę rycerzy z okresu, gdy został podpisany ów dokument.

M.T.: Czy mógłby Pan na zakończenie zdradzić, jakie są Pana dalsze plany wydawnicze?

M.Ś.: Czytelnicy mocno naciskają na kontynuację Wnyków i chyba będę brał się za ten temat w pierwszej kolejności, kilka rozdziałów już nawet napisałem. Mam już zebrane materiały, zrobioną wizję lokalną w miejscu, gdzie będzie toczyła się akcja powieści (znowu góry). Zanim jednak ta książka wskoczy na półki, to pojawi się całkowicie nowy tytuł, nad którym pracuję już od dłuższego czasu. A co dalej? Mogę tylko obiecać, że kolejne książki będą się pojawiać, bo wydawnictwa są otwarte na współpracę.

Michał Śmielak – rocznik '79. Mieszka w Sandomierzu, zatem zbrodnie i rozwiązywanie zagadek kryminalnych ma w genach. Czytelnikom przedstawił się opowiadaniem Ostatni w antologii Gladiatorzy wydanej przez Fabrykę Słów. Do tej pory ukazały się jego trzy kryminały Znachor, Wnyki i Inkwizytor, a thriller Pomruk jest jego czwartą książką. Czytelnik może spodziewać się od autora głównie kolejnych kryminałów i thrillerów, gdyż zaczynając pisać jakąkolwiek nową książkę, szybko wypełnia ją trupami niezależnie od początkowego założenia.