Trzeba mieć dystans

O fascynacji kinematografią, rywalizacji w show-biznesie, twórczych inspiracjach i różnych rodzajach humoru z Alkiem Rogozińskim, autorem komedii kryminalnej Po trupach do celu, rozmawia Marek Teler.

Marek Teler: Twoja najnowsza komedia kryminalna Po trupach do celu to historia rywalizacji aktorek o rolę filmową, która doprowadza do rozlewu krwi. Jeden film. Cztery ofiary – czytamy na okładce. Co skłoniło Cię do umieszczenia kryminalnej historii w świecie kinematografii?

Alek Rogoziński: To moja druga przygoda na planie filmowym. Po raz pierwszy zamordowałem tam kogoś w powieści Raz, dwa, trzy... giniesz Ty! i czułem później jakiś niedosyt. Wydawało mi się, że nie do końca jeszcze wykorzystałem potencjał, jaki kryje się w tego typu okolicznościach. Tyle że tym razem przeniosłem ciężar z planu filmowego na moment, kiedy dopiero wszyscy szykują się do produkcji filmu. Na pomysł Po trupach do celu wpadłem zresztą podczas oglądania sztuki teatralnej, która powstała na podstawie poprzedniej powieści. Dlatego pojawia się w niej kilka postaci znanych z Raz, dwa, trzy... giniesz Ty!. Intryga kryminalna jest jednak nowa i mam nadzieję, że zaskakująca.

M.T.: A czy sam jesteś częstym bywalcem kina? Jakie filmy najbardziej lubisz oglądać?

A.R.: Kiedyś bez mała mieszkałem w kinie, ale przez ostatnie dwa lata z oczywistych względów nie odwiedzałem go zbyt często. Wiadomo, pandemia! Przegapiłem tym sposobem kilka filmów, których byłem niezmiernie ciekaw. Między innymi czwartą część Matrixa, do której to serii mam ogromny sentyment, Diunę z moim ulubionym Timothée Chalametem czy też najnowszego „Bonda". Myślę, że niebawem powoli zacznę przepraszać się z kinem. A co do moich preferencji, to kiedy już mam przed sobą ogromny ekran, lubię oglądać na nim spektakularne widowiska. Filmy wyciszone, subtelne, psychologiczne, wymagające skupienia i przemyśleń zdecydowanie bardziej wolę oglądać w zaciszu domowym, kiedy nikt obok mnie nie siorbie coli, nie mlaska popcornem i nie tłumaczy osobie obok, co aktualnie dzieje się na ekranie.

M.T.: Przez wiele lat pracowałeś jako dziennikarz show-biznesowy i zetknąłeś się w swoim życiu z wieloma gwiazdami i celebrytami. „Zabijają się o role" mniej dosłownie niż te z Twojej książki, ale ta rywalizacja na pewno jest duża. Często dochodziły Cię słuchy o jakichś intrygach i nieczystych zagrywkach w branży?

A.R.: Myślę, że show-biznes nie różni się niczym specjalnym od innych rodzajów roboty. Jak w każdym środowisku znajdą się tu osoby życzliwie i intryganci. Nie sądzę, aby było tu gorzej niż na przykład w świecie biznesu czy – zwłaszcza! – polityki. Takie mamy teraz czasy, że właściwie wszędzie odbywa się wyścig szczurów i szczęśliwcami są ci, którzy mogą nie brać w nim udziału i znaleźć własną drogę, sami sobie być sterem, żeglarzem i okrętem. W show-biznesie ten wyścig szczurów jest o tyle bardziej spektakularny, że odbywa się na naszych oczach i większość tych świństw i świństewek prędzej czy później trafia na pierwsze strony gazet i portali. Żeby było zabawniej, kiedy rozpoczynałem przygodę z literaturą, myślałem, że tu będzie inaczej, bardziej kulturalnie i, nazwijmy to, „bontonowo". A tymczasem nawet i wśród literatów zawiść, wzajemne podgryzanie się, wbijanie sobie złośliwych szpil, a nawet i intrygowanie też jest na porządku dziennym. Sam padłem tego kilka razy ofiarą i dlatego utrzymuję bliższe kontakty tylko z kilkoma koleżankami i kolegami po piórze. Im jestem starszy, tym bardziej ostrożny, zanim nazwę kogoś swoim przyjacielem.

M.T.: Główna bohaterka książki Marlena Jens to upadła i sfrustrowana aktorka, która – mimo zszarganej opinii – pragnie za wszelką cenę wrócić na szczyt. Bez podawania konkretnych nazwisk – uważasz, że nasze rodzime gwiazdy „wiedzą, kiedy ze sceny zejść", czy niestety miewają z tym problemy?

A.R.: Przede wszystkim uważam, że ocena tego, czy zejść z sceny czy estrady należy tylko do artysty i nikogo więcej. Dopóki artysta sądzi, że ma swojej publiczności coś do przekazania, to powinien robić swoje. Nie mamy prawa być jego sędziami i pokazywać mu czerwonej kartki. Artysta jest jurorem w swoim własnym sumieniu i to on może ocenić, kiedy jest już zmęczony, kiedy powiedział ostatnie słowo, kiedy jego przekaz do widowni już się wyczerpał. Wiek ani staż zawodowy nie mają tu żadnego znaczenia. Mamy tutaj fenomenalne przykłady, np. Jane Fondy i Lily Tomlin, które teraz, gdy mają po osiemdziesiąt lat, zagrały swoje role życia w serialu Grace i Frankie. Anthony Hopkins w zeszłym roku dostał Oscara, Judi Dench tworzy ostatnio kreacje aktorskie, które na zawsze zapiszą się złotymi zgłoskami w historii kina. Podobnie u nas – są artyści, na czele z Krystyną Jandą, którzy są jak wino – im starsi, tym lepsi. Wystarczy iść do teatru, aby się o tym przekonać!

M.T.: Komedia kryminalna jest dosyć trudnym gatunkiem, ponieważ wymaga od autora zarówno znakomitego poczucia humoru, jak i umiejętności nieustannego trzymania czytelnika w napięciu. Czy masz jakieś swoje wzory i autorytety, jeśli chodzi o ten gatunek?

A.R.: Odpowiedź na to pytanie jest oczywista i udzieli ci jej każdy twórca komedii kryminalnych! Niedoścignionym wzorem jest dla wszystkich nas świętej pamięci Joanna Chmielewska, która właściwie wymyśliła i zdefiniowała ten gatunek w naszym kraju. Jak mantrę będę powtarzał, że żaden ze współczesnych twórców komedii kryminalnych nigdy pani Joannie nie doskoczy nawet do pół pięty, bo tworzymy w innych czasach, kiedy literatury – co przychodzi mi powiedzieć z ciężkim sercem – już się tak nie szanuje i nie mamy takiego wpływu na czytelników jak ona.

M.T.: Twoje książki przywodzą na myśl dzieła Szekspira – mamy na wstępie przedstawienie postaci, śledzimy intrygę za intrygą, a trup ściele się gęsto. Twoją powieść Raz, dwa, trzy... giniesz ty! wystawiono zresztą na deskach Teatru Druga Strefa. Zdarza Ci się sięgać do dramatów w poszukiwaniu twórczych inspiracji?

A.R.: A tom się trochę rozbawił, bo do różnych twórców byłem porównywany, ale do Szekspira jeszcze nie! Spis treści zrobiłem bardziej dla siebie niż dla czytelników, żeby mi się postaci nie myliły, a potem pomyślałem, że skoro jest to podpowiedź dla mnie, to czemu nie miałaby być też dla tych, którzy sięgną po książkę. W końcu czasami odrywamy się od czytania, wracamy do powieści po kilku, kilkunastu dniach i wtedy taki spis treści pozwala nam przypomnieć sobie „o co tam chodziło". A co do dramatów, to niestety nie sięgam po nie zbyt często. Choć... kocham teatr, więc może to się jakoś równoważy. Nie czytam, ale za to słucham i obserwuję.

M.T.: Czytelnicy pokochali Twój cykl komedii kryminalnych Róża Krull na tropie o perypetiach autorki kryminałów i pojawia się ona – w mniejszych lub większych epizodach – w Twoich kolejnych publikacjach. Za co Twoi fani najbardziej kochają Różę Krull i co najbardziej w niej podziwiają?

A.R.: Myślę, że przede wszystkim za to, że – jak każdy z nas – ma i swoje wady, i zalety. Nie próbowałem jej idealizować, ale też nie zrobiłem z niej życiowej nieudacznicy. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale w pewnym momencie polska literatura, zwłaszcza ta kryminalna, poszła w takim kierunku, że zaczęto tworzyć bohaterów, z którymi trudno się było identyfikować. Najchętniej samotnych frustratów, introwertyków, smutasów, obowiązkowo z problemem alkoholowym. Postanowiłem iść na przekór temu trendowi. Zaletą Róży jest to, że niezależnie od sytuacji pozostaje optymistką i kieruje się życiową filozofią, głoszącą, że cokolwiek by się nie zdarzyło, to jakoś to będzie. Wiem oczywiście, że nasze czasy sprzyjają katastrofizmowi i czarnowidztwu, ale wydaje mi się, że każdy z nas lubi mieć nadzieję na happy endy. Mimo wszystko.

M.T.: Czasy zagrożenia wywołanego wojną na Ukrainie nie zabiły w nas humoru – śmiejemy się z drona strąconego słoikiem z kiszonkami czy ukradzionego przez Cyganów rosyjskiego czołgu. Czy uważasz, że śmiech jest dobrym lekarstwem w walce z poczuciem strachu i niepewności jutra?

A.R.: Każdy psycholog powie ci, że śmiech jest właściwym lekarstwem w prawie każdej sytuacji i doskonałą odtrutką na stres. I zobacz – po pierwszej wojnie światowej powstała bodajże jedna z najlepszych książek humorystycznych wszech czasów, czyli Przygody dobrego wojaka Szwejka, a po drugiej powstało mnóstwo filmów i seriali, od Jak rozpętałem drugą wojnę światową po Czterech pancernych i psa, które miały sprawić, abyśmy choć odrobinę odreagowali koszmar, którego doświadczyliśmy. Obecne czasy też wymagają komedii. Dramatu i tragedii starczy nam w rzeczywistości, która zapanowała.

M.T.: W ostatnich latach zwraca się coraz większą uwagę na odpowiedni dobór słów, także w żartach, aby nikogo nie urazić. Pozwalasz sobie na pełną wolność w budowaniu humoru w swoich książkach czy jednak zdarza Ci się stosować autocenzurę?

A.R.: Niestety, żyjemy w czasach dużej poprawności politycznej, która z wolna zaczyna przekraczać granicę zdrowego rozsądku. Bo jednak trzeba rozróżnić, kiedy coś jest powiedziane żartem po to, aby sprawiło komuś przykrość albo go uraziło, a kiedy po to, żeby kogoś rozbawić. Jeśli zaczniemy reagować na żarty tak, jak Will Smith na ostatnich Oscarach, czyli agresją i rękoczynami, na co notabene moim zdaniem nie ma żadnego usprawiedliwienia, to doprawdy zakończymy wszyscy w kiepskim miejscu. Trzeba mieć dystans nie tylko do tego, co się dzieje wokół nas, ale i do samych siebie. Nie oznacza to, że mamy się nie szanować, absolutnie nie, ale uważanie, że jesteśmy alfą i omegą, może w oczach innych uchodzić za żenujące, bo w istocie rzeczy... na taką ocenę właśnie zasługuje!

M.T.: Główni bohaterowie Twoich książek to postaci fikcyjne, ale znajdziemy w nich szereg nawiązań do współczesnej popkultury. Czy i jak reagują gwiazdy, kiedy dowiadują się, że wzmianka o nich pojawia się w Twojej powieści?

A.R.: W ogóle nie reagują. Piszę już od siedmiu lat i nabieram kamiennego przekonania, że gwiazdy po prostu nie czytają książek. No chyba, że nagrywają audiobooki! (śmiech) Nie udało mi się jeszcze od nikogo usłyszeć żadnej uwagi i dobrze. To czytelnicy mają mieć z tego zabawę, a nie celebryci.

M.T.: Twój program spotkań autorskich wygląda jak trasa koncertowa z prawdziwego zdarzenia – spotykasz się z czytelnikami z całej Polski. Czy masz jakąś swoją ulubioną anegdotę lub historię z któregoś ze spotkań?

A.R.: Owszem. Ostatnio przed spotkaniu na salę wjechał mój baner ze zdjęciem, na którym jestem wystylizowany na Szalonego Kapelusznika z Alicji w Krainie Czarów. Fotka ta pojawiła się na okładce magazynu „Pocisk". Wszedłem po jakimś kwadransie na salę i usłyszałem rozmowę dwóch pań z pierwszego rzędu. Jedna, patrząc na baner i porównując mnie ze zdjęciem, powiedziała: Ty, to nie on!. Na co druga na cały głos odpowiedziała: On, on! Tylko utył!. Trudno w takich momentach zachować powagę. Zresztą moje spotkania zawsze są „pół żartem, pół serio". Serdecznie wszystkich zapraszam, żeby się o tym sami przekonali!

M.T.: Napisałeś ponad dwadzieścia książek w ciągu siedmiu lat, więc domyślam się, że w planach jest już kilka kolejnych. Czy mógłbyś na zakończenie zdradzić czytelnikom, nad czym obecnie pracujesz?

A.R.: Kończę właśnie powoli kolejną komedię kryminalną – opowieść o małżeństwie, które pewnego dnia wraca do domu i znajduje tam zwłoki mężczyzny, którego notabene oboje doskonale znają, tylko nie mogą się do tego przyznać. Potem zaś przede mną powrót do XVII wieku, czyli kolejny tom sagi Gorset i szpada. Pierwsza być może niebawem trafi na ekrany. Sam nie mogę się już tego doczekać!

Alek Rogoziński – pisarz, znany głównie jako twórca komedii kryminalnych i powieści obyczajowych. Zadebiutował w marcu 2015 r. kryminałem Ukochany z piekła rodem, zdobywając nim pierwsze miejsce na liście bestsellerów kryminalnych EMPIK. Do jego najpopularniejszych powieści należą: Jak Cię zabić, kochanie?, Teściowe muszą zniknąć, Nieboszczyk sam w domu, Zbrodnia w wielkim mieście i Babka z zakalcem. W 2019 r. jego kryminał Raz, dwa, trzy... giniesz ty! doczekał się inscenizacji teatralnej. W sumie książki sygnowane jego nazwiskiem rozeszły się już w nakładzie blisko pół miliona egzemplarzy. Prywatnie jest wielbicielem podróży, Madonny i Jima Morrisona, herbaty Earl Grey, włoskiej kuchni, bowlingu i wszelkich gier karcianych.