W „Blefie” każda postać „ma swoje za uszami”

O życiu elit towarzyskich, Warszawie czasów międzywojnia i sztuce pisania powieści historycznych z Ewą Salwin, autorką Blefu, rozmawia Marek Teler.

Marek Teler: Powieść obyczajowo-historyczna Blef to Pani debiut w roli powieściopisarki, dotychczas pisała Pani bowiem przede wszystkim opowiadania. Co zatem sprawiło, że postanowiła Pani spróbować swoich sił w dłuższej formie literackiej?

Ewa Salwin: Muszę się Panu przyznać: tak naprawdę nie lubię pisać opowiadań. Ich krótka forma nie daje mi możliwości i czasu na zapoznanie się z bohaterami, wejście w ich świat i emocje. Od początku swoich przygód z pisaniem usiłowałam tworzyć teksty o sporej objętości, co kończyło się rzecz jasna fiaskiem. Mówię „rzecz jasna", bo brakowało mi podstaw warsztatu literackiego. Czułam, że chcę coś napisać, lecz jak to napisać – nie wiedziałam wcale. Opowiadania, również te, które ujrzały światło dzienne, to dla mnie forma ćwiczeń. Takie literackie pięciopalcówki, które co jakiś czas trzeba sobie powtórzyć. I nie, proszę nie myśleć, że teraz cokolwiek umiem. Nadal bębnię bezmyślnie po klawiaturze, a jeśli ktoś znajdzie w tym coś ciekawego, to jest mi bardzo miło. Ćwicząc pisanie opowiadań, miałam z tyłu głowy swoje marzenie sprzed lat: napisać powieść od A do Z. Potrzebowałam jednak czasu i podstawowych umiejętności. A ponieważ samo czekanie niewiele daje, pisałam opowiadania.

M.T.: Głównym bohaterem Pani powieści jest Witold Woronowicz, wysoko postawiony urzędnik Ministerstwa Skarbu, człowiek o wyjątkowo burzliwym życiorysie. Czy mogłaby Pani uchylić rąbka tajemnicy i opowiedzieć więcej o tej postaci oraz historii, która staje się jego udziałem?

E.S.: Witold po prostu przyszedł do mojego umysłu i zaczął opowiadać o sobie. Przedstawił się, jak na dżentelmena przystało, a potem zaczął spowiedź, którą ja tylko spisałam. Tak więc będę mówić o nim trochę jak o dobrym znajomym, a nie postaci. Już wspomniałam, że muszę zaprzyjaźnić się z bohaterem, żeby cokolwiek o nim napisać.

Woronowicz to mężczyzna o dość rozchwianym życiorysie. Po pierwsze we wczesnym dzieciństwie wyjechał z rodzicami z kraju, w którym się urodził, do Polski i aż do dorosłości nie miał możliwości odwiedzenia ojczyzny. Jego rodzice zmienili nazwisko i imiona, Witolda oraz jego rodzeństwo kształcono po polsku – o tym, co pozostało za granicą, nie rozmawiano. Dzieci wzrastały więc w poczuciu, że coś im się narzuca, a o czymś nie wolno mówić nawet między sobą.

Witold miał zostać księdzem. Zresztą prawie otrzymał święcenia, ale tuż przed uroczystością zrozumiał, że jego miejsce jest gdzie indziej. Wojnę 1920 roku spędził w pobliżu frontu jako sanitariusz polowy. Tam też rozpoczyna się drugie pęknięcie osobowości: nieszczęśliwa miłość, straszne dla człowieka wrażliwego warunki służby i widoki, których nie można wymazać z pamięci. Wspomnienia życia frontowego ciągną się za bohaterem przez całą powieść. Przeszłość nie jest tożsama z poczuciem bezpieczeństwa, trzeba ją ukryć, a najlepiej zapomnieć. Nawet to, co było w niej dobre, teraz jest złe i brzydkie, niedostępne i obce.

W Blefie właściwie każda postać „ma swoje za uszami", prawie każda rozmowa to obustronna gra, kalkulacja zysków i strat. W tę grę grają wszyscy: od bohaterów z pierwszego planu po drugoplanową służbę. No, może tylko stróż nie ma nic do ukrycia. Chociaż kto wie... Nikt mu do stróżówki nie zajrzał.

M.T.: Pani książka osadzona jest w czasach II Rzeczypospolitej, a jej akcja w dużej mierze rozgrywa się w Warszawie. Jaki obraz miasta możemy zobaczyć w Pani powieści?

E.S.: Warszawa, którą starałam się opisać, to przede wszystkim zbiór miejsc-obrazków. Chciałabym bardzo, aby czytelnicy poczuli się trochę spacerowiczami. Podczas konstruowania powieści dużo czytałam o Warszawie, o jej historii, przeglądałam mapy z epoki. Nie chcę się chwalić, ale większość miejsc w Blefie jest prawdziwa – kamienica Dorfnerów, w której mieszka Witold, oraz sklep Frageta, który znajduje się vis-à-vis mieszkania jego narzeczonej, istniały rzeczywiście. Starałam się też dotrzeć do informacji o tym, kto zamieszkiwał jakąś ulicę, jacy to byli ludzie, czym się zajmowali, gdzie pracowali. Te małe „smaczki" i szczególiki w historii miasta interesują mnie najbardziej i mam nadzieję, że kogoś to zaciekawi.

M.T.: W Blefie wprowadza Pani czytelników w świat arystokracji, balów, intryg i pojedynków. Co najbardziej fascynuje Panią w życiu przedwojennych elit?

E.S.: Arystokracji? Moi bohaterowie czuliby się zaszczyceni tym tytułem, ale nie. Jest w całym Blefie tylko jeden arystokrata z krwi i kości, reszta to ludzie z tak zwanego awansu społecznego – dorobkiewicze, którym udało się być we właściwym miejscu o właściwym czasie. Do góry pchnęły ich historia i znajomości, nie pochodzenie. Może Woronowicz miałby jakieś prawo do tytułu szlacheckiego, ale sam o tym nie wie, bo przecież rodzina skutecznie skryła swoją przeszłość. W kwestii balu też muszę Pana rozczarować – niestety mam tylko rauty (taki bal bez tańców i muzyki) oraz wieczorki taneczne – bądź też, jak się kiedyś mówiło, tańcujące. Zwykłe „pogaduszki" przy muzyce, nic specjalnego. Z pozoru nic specjalnego, bo nawet na takich „mikroprzyjęciach" liczy się każdy gest i słowo.

W życiu przedwojennych ludzi (elit również) fascynuje mnie przede wszystkim ich mentalność. Zupełnie inna od współczesnej, ganiona przez niektórych, lecz piękna i fascynująca z tego powodu, że już jej nie ma. Dwudziestolecie międzywojenne to czas chaosu, chwila oddechu po okropieństwach dwóch wojen, które pamiętał każdy dorosły (mam tu na myśli Wielką Wojnę i wojnę polsko-bolszewicką z 1920 r.) i rozkwit nadziei na nowe życie w cieniu kolejnej katastrofy, która na zawsze pogrzebie pod gruzami świat międzywojenny. To coś jakby rozbłysk światła w ciemnej piwnicy – światła, które pojawia się z pustki i w pustce ginie.

M.T.: W książce znajdujemy też dużo nawiązań do kultury, sztuki i muzyki II Rzeczypospolitej. Czy prywatnie jest Pani miłośniczką twórczości z tego okresu?

E.S.: Oczywiście. Znajomi mówią, że urodziłam się nie w tym stuleciu, co trzeba. Słucham międzywojennej muzyki, a gdybym tylko umiała, nałogowo tańczyłabym shimmy. Nie znam piosenkarzy współczesnych, ale jeśli ktoś zapyta mnie o dorobek artystyczny wykonawców międzywojennych, to jestem gotowa z miejsca podać kilka tytułów. Nawiązania do sztuki to z kolei objaw bakcyla archiwistycznego – po prostu musiałam podzielić się swoim odkryciem, że tam a tam coś sobie stało i upiększało tak zwany krajowid (słówko z gwary warszawskiej oznaczające widok).

M.T.: Co zainspirowało Panią do stworzenia historii przedstawionej w powieści Blef? Czy ma ona jakiś swój odpowiednik w rzeczywistości?

E.S.: Pomysł pojawił się sam. Na początku chyba zobaczyłam w wyobraźni jakiś pojedynek i usłyszałam huk wystrzału. Potem nie pozostało mi nic innego jak tylko wykoncypować, co do pojedynku doprowadziło, w jakich kręgach obracają się skłóceni i który z nich przeżyje. Nie jestem w stanie podać dokładnej odpowiedzi na pytanie, czy historia z Blefu ma swój odpowiednik w rzeczywistości. Mieć mogła – to pewne. W końcu pojedynkowano się – mimo oficjalnego zakazu ze strony władz – na prawo i lewo, uznając, że od przestrzegania kodeksu honorowego zwolnieni są tylko dziennikarze „na służbie", księża, ciężko chorzy oraz kobiety, w których obronie należało pojedynkować się do całkowitej niezdolności, powiedzmy to, bojowej któregoś z przeciwników. Świadomie nie szukałam historii prawdziwych, ale całkiem możliwe, że niechcący jakąś opisałam.

M.T.: Powieści historyczne wymagają od autora dbałości o detale, aby w przekonujący sposób oddać ducha epoki. Co sprawiało Pani największą trudność w pracy nad Blefem?

E.S.: Topografia miasta i psychologia postaci. Podróż „palcem po mapie" wymaga długich i dokładnych poszukiwań, sprawdzania dat – czego akurat nie lubię – oraz myślenia, czy bohater miałby prawo i chęć taką ulicą przejść. W międzywojennej Warszawie podział na miejsca, gdzie można było pójść bez obawy o życie i zdrowie, oraz takie, gdzie lepiej było się nie pojawiać, bo w bramie czekał już jakiś pan z gazrurką, był bardzo silny. W pewne miejsca nie wolno było też niejako „z definicji" chadzać kobietom, zwłaszcza samotnie.

Były ulice dla ludzi „z towarzystwa" lub z elity i były ulice dla ludzi z tak zwanych nizin drabiny społecznej. Zdarzały się też miejsca styku tych dwóch światów, na przykład wcześnie rano można było spotkać w „elitarnej" części Śródmieścia jakąś posługaczkę z niezamożnego Powiśla, która akurat szła do pracy, natomiast pan, szukający pewnego rodzaju usług, udawał się na Chmielną, gdzie bywały dziewczęta z niekoniecznie „dobrych" domów. Nie dość było więc wyjaśnić, kto i kiedy dane ulice przemierzał, trzeba było też pomyśleć, jak bohater X czy bohaterka Y to robili, i odpowiedzieć sobie ich głosem na pytanie: Czy mnie aby na pewno wypada tam iść, a jeśli nie bardzo, to jak mogę tam pójść, żeby pozostać incognito?. Granicę fizyczną „dwóch Warszaw" wyznaczała na przykład Skarpa Warszawska, to głównie po niej odbywano podróże w górę i w dół stołecznej drabiny.

M.T.: Pisze Pani o sobie, że jest pasjonatką mikrohistorii. Na czym dokładnie polega ta pasja?

E.S.: Trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie, bo musiałabym odpowiadać tylko na nie. Mikrohistoria to historia w ujęciu „przez lupę", której nie interesują duże, znaczące i doniosłe zjawiska, ale na przykład to, jak na tle tych zjawisk zmieniały się ubrania. Jakie piosenki śpiewano, co tańczono, dlaczego tango było na początku swego istnienia w Europie nazywane tańcem z – przepraszam – domów publicznych, a potem stało się szalenie popularne. Wielkie zjawiska historyczno-polityczne są dla mikrohistorii tłem, nie treścią.
Mnie fascynuje odnajdywanie okruchów codzienności. Gdybym miała użyć jakiejś metafory, to dla mnie mikrohistoria jest zbieraniem dawno zbitych waz i przyglądaniem się im. To trochę fantazjowanie na temat, do kogo należały, jaką zupę w nich podawano. Czyje ręce dotykały ich częściej: służby czy państwa? Jakie historie te wazy słyszały swoimi uszami (błąd zamierzony), z których zostały tylko odłamki, a raczej: jakie historie mogły słyszeć, bo naocznymi świadkami tamtych zdarzeń już nie będziemy.

M.T.: W 2020 r. otrzymała Pani nagrodę w ogólnopolskim konkursie literackim „1920" za tekst Słowografie. Co skłoniło Panią do udziału w konkursie i jak wspomina Pani to doświadczenie?

E.S.: Odpowiedź będzie tym razem bardzo krótka: temat. Co prawda tematyka wojenna nie jest czymś, co bardzo lubię, ale pomyślałam sobie, że skoro konkurs ogłoszono, to cóż mi szkodzi spróbować swoich sił.

Na początku pisania bardzo się bałam, bo Słowografie to mój pierwszy i na razie jedyny tekst pisany „na zamówienie". Nie wyciągnęłam go z szuflady, musiałam go napisać, mając z tyłu głowy konkretne wytyczne co do objętości i tematu tekstu. Po wysłaniu opowiadania wielokrotnie w środku nocy dopadało mnie wielkie i czarne o nie!, bo a to czegoś nie wyjustowałam, a to umknęła mi kropka, a to powinnam była w ogóle inaczej to wszystko napisać. Słowografie to tekst o tyle specyficzny, że składa się z wielu małych scenek, fotografii – stąd tytuł.

Po otrzymaniu wiadomości od jury o tym, że Słowografie znajdą się w antologii, poczułam radość. To był dla mnie sygnał, że do czegoś się nadaję, że jednak trochę mi te pięciopalcówki wychodzą.

M.T.: Myślę, że po lekturze książki Blef czytelnicy będą z niecierpliwością czekać na kolejne Pani powieści. Czy ma już Pani w planach kolejne publikacje?

E.S.: Dziękuję za miłe słowa. Z pewnością niecierpliwić się będę ja, czekając na reakcje Czytelników na Blef.

Publikacji nie mam zaplanowanych, choć jeden tekst powieści czeka na akceptację, a drugi właśnie „się pisze". Lecz co i czy coś z tego wyjdzie na światło dzienne – nie wiem. Chciałabym, aby wyszło.

Ewa Salwin – studentka kulturoznawstwa, pasjonatka varsavianistyki, historii mody, dwudziestolecia międzywojennego oraz rubryki ogłoszeń drobnych.