Warszawianka. Od zmierzchu do świtu - fragment

Warszawa, styczeń 1894 roku



Rozdział I

1.

Tego wieczoru Krakowskie Przedmieście nieodparcie przywodziło na myśl zaczarowaną krainę z baśni pana Andersena. Z nieba sypały się ciężkie płatki śniegu zamieniające drzewa w rzeźby o fantastycznych kształtach. Osiadały na latarniach oświetlających pokryte puchem chodniki oraz na dachach, balkonach i parapetach okolicznych budynków. Ulice stawały się coraz mniej przejezdne.

W okolicach placu Zamkowego panował jednak ożywiony ruch, słychać było parskanie koni i pokrzykiwania woźniców. Powozy, żłobiąc koleiny w gęstym pośniegowym błocie, wolno sunęły w kierunku Resursy Obywatelskiej, gdzie tego wieczoru odbywało się jedno z najwspanialszych wydarzeń karnawału – bal charytatywny zorganizowany przez Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności; tym razem zbierano pieniądze na przytułek oraz dla rzemieślników i robotników fabrycznych.

Karety, jedna po drugiej, zatrzymywały się przed majestatycznym rozświetlonym budynkiem. Lokaje odziani w świąteczne liberie pospiesznie rzucali się do drzwi pojazdów i kłaniając się uniżenie, otwierali je na całą szerokość. Goście –
mężczyźni w płaszczach z najlepszej wełny i cylindrach oraz damy otulone futrzanymi etolami – uciekali jak najszybciej przed wilgotnymi drobinami czepiającymi się odzieży i niszczącymi finezyjne koafiury.

Na szczęście drzwi do budynku chronił ganek wsparty na kolumnach, a w holu wyłożonym marmurami można było ogrzać się szybko i przy pomocy służby zdjąć okrycie i kalosze. Znajomi witali się ze sobą – szmer rozmów z każdą chwilą przybierał na sile – a z góry dobiegała nieprzyjemna dla uszu kakofonia: orkiestra stroiła instrumenty, co oznaczało, że zabawa rozpocznie się lada chwila.

Wyłożone dywanami schody wiodły do sali balowej, gdzie przed wejściem, w zastępstwie sędziwego prezesa Lubomirskiego, gości witał „król kolei żelaznych” Jan Gottlieb Bloch wraz z dostojną małżonką, Emilią z Kronenbergów. Salę balową Resursy powszechnie uważano za jedną z najpiękniejszych w mieście. Zaraz po przekroczeniu progu można było podziwiać jej wielkość: składała się z dwóch sąsiadujących ze sobą wysokich pomieszczeń połączonych kolumnadą i miała aż dwa rzędy okien, większych i mniejszych, przedzielonych ozdobnym fryzem. Wnętrze rozświetlały kute żyrandole: płomienie gazowych lamp skrzyły się w kryształach luster, którymi hojnie ozdobiono ściany, potęgując tym samym wrażenie przestrzeni.

W srebrzystych taflach odbijały się sylwetki dam wystrojonych w wydekoltowane suknie i obwieszonych kosztowną biżuterią, młodych panien w skromnej bieli i pastelach, z kwiatami we włosach oraz eleganckich mężczyzn we frakach. Pomiędzy grupkami gości krążył znany warszawski wodzirej Żukowski, którego dawało się rozpoznać z daleka po przypiętym do ramienia pęku wielobarwnych wstążek; mistrz ceremonii nie mógł wręcz odpędzić się od kawalerów proszących go o przedstawienie ich wybranym pannom – a przede wszystkim groźnym matkom. Zarumienione dziewczęta, z trudem kryjąc ekscytację, wpisywały do karnetów nazwiska przyszłych danserów, a opiekunki, uspokojone ich powodzeniem, zajmowały miejsca na krzesłach ustawionych tuż pod ścianami.

Wodzirej klasnął w ręce i zapadła absolutna cisza. Następnie wydał tancerzom kilka komend i skłonił się nisko przed najmłodszą córką państwa Blochów.

Salę zalały dźwięki walca. Pierwsze pary zaczęły wirować w jego rytm; szybko dołączały do nich kolejne i kolejne.

Bal w Resursie Obywatelskiej właśnie się rozpoczął.

 

2.

Czas mijał i zabawa trwała w najlepsze. Zewsząd dobiegał gwar podnieconych głosów. Przetańczono już dawno walca, przetańczono kontredansa, a następnie kolejnego walca, aż wreszcie pary, pod czujnym okiem zaaferowanego wodzireja, zaczęły ustawiać się do mazura, który miał być ostatnim tańcem przed kolacją.

Dwie damy w wieku balzakowskim – krągła blondynka z rumieńcami i szczupła szatynka z wąsikiem – rezydowały pod ścianą, śledząc wzrokiem córki, które, wraz z zaakceptowanymi przez nie partnerami, wędrowały właśnie na parkiet.

– Moja Lola jest taka zdolna – westchnęła z rozczuleniem blondynka, nie spuszczając zachwyconego spojrzenia ze swej latorośli. – Metr, który dawał lekcje, nie był w stanie się jej nachwalić. Mówił, że pląsa niczym nimfa. Ale zaraz… co tam się wyprawia?

Ku zgrozie i oburzeniu obu dam, okazało się, że żadna z dziewcząt nie zatańczy mazura w pierwszej ósemce.

– Kogo wybrał? – zapytała szatynka, podnosząc do oczu lorgnon i mierząc Żukowskiego wzrokiem pełnym potępienia.

– Blochównę – oświeciła ją pospiesznie przyjaciółka. – Hrabiankę Górską… Ta trzecia to chyba panna Osnowska… starsza pasierbica Rapackiej. Czwarta… Już wiem! Panna Boguszówna… prowincjonalna piękność, którą ojciec zwiózł na karnawał. Piąta to Siemaszkówna, córka doktora, a pozostałe…

– Blochównę i hrabiankę, rozumiem – przerwała jej rozmówczyni. – Ale Osnowska i te dwie pozostałe? Od dawna powtarzam, że towarzystwo schodzi na psy.

– Siemaszkówna całkiem ładna, choć już podstarzała… Ponoć ojciec nie zamierzał wprowadzać jej do towarzystwa, ale profesorowa Pytlasińska uparła się, że jeszcze trochę i nikt dziewczyny nie zechce – kontynuowała blondynka. – A Boguszównę ojciec zwiózł na karnawał do Warszawy, a nie do Moskwy, bo przestraszył się epidemii cholery. Jak znajdzie odpowiedniego zięcia, da dziewczynie nawet siedemdziesiąt tysięcy posagu. – Westchnęła zazdrośnie, gdyż jej córka nie mogła liczyć nawet na jedną trzecią tej sumy. – Dorobił się podobno na gorzelniach i tartakach.

– Połowa tej sali to desant z prowincji – oświadczyła z przekąsem brunetka, na której bogactwa nie robiły wrażenia. –
I wszystkim śni się pierwszorzędna partia.

Skoczna melodia wypełniła salę, więc damy zamilkły i zaczęły uważnie śledzić wzrokiem tancerzy. Niedługo później, kiedy przekonały się, że ich córki radzą sobie doskonale nawet w trzeciej ósemce, rozszerzyły pole obserwacji.

A było na kogo popatrzeć, gdyż tego wieczoru w Resursie Obywatelskiej zebrał się kwiat Warszawy; przybyły rodziny najbardziej zaangażowanych członków Towarzystwa Dobroczynności, czyli książęta Lubomirscy i Czetwertyńscy, zaś rezydentów pokoju karcianego ponoć zaszczycił wizytą sam hrabia Gucio Potocki z Jabłonny.

– O, to chyba Prus – ożywiła się nagle blondynka. – Widzisz?

– Zawsze przychodzi, przecież należy do Towarzystwa – odparła ciemnowłosa dama, od niechcenia zerkając na sławnego pisarza.

– Znasz tę jego Lalkę? Ponoć bardzo zajmująca lektura.

– A gdzież tam zajmująca, straszliwie się wynudziłam. – Szatynka zmarszczyła nos. – Czyta się jak anonse reklamowe w „Kurierze Porannym”. Albo Przewodnik po Warszawie. I to ten stary, Gomulickiego. Ale i tak, to lektura nie dla panienek – zakończyła surowo.

– Zaraz, zaraz! – zainteresowała się jasnowłosa, która w jednej chwili straciła zainteresowanie literackimi gustami koleżanki. – Czy ta przy wejściu, to aby nie Leontyna Burzyńska?

– Gdzie? – Jej towarzyszka podniosła do oczu lorgnon i uważnie zlustrowała młodą damę, która może i nie była pięknością, ale przykuwała uwagę zgrabną figurą i ruchami pełnymi gracji. – Tak, to ona… Co też na siebie włożyła? – dodała ze zgrozą, wskazując na suknię Burzyńskiej uszytą z granatowej koronki i białego jedwabiu. – Ani śladu turniury. I nawet bez trenu.

– Turniury dawno wyszły z mody – przypomniała jej szeptem blondynka, która nie miała wątpliwości, że żadna z toalet młodej Burzyńskiej nie znalazłaby uznania w oczach przyjaciółki, nawet jeśli byłaby pożyczona od samej księżnej Lubomirskiej. Cóż, sroga dama liczyła kiedyś, że bogaty młody wdowiec zainteresuje się jej najstarszą córką. Niestety nic nie wyszło z tych planów, gdyż Janusz Burzyński pozwolił omotać się własnej kuzynce. I – zdaniem wielu – marnie na tym wyszedł.

– Moda modą, ale istnieje coś takiego jak przyzwoitość. Nie powinna wcale tu przychodzić.

– Najwyraźniej matka jej nakazała – odparła spokojnie jasnowłosa. – Wiesz dobrze, że Amelia trzęsie całą rodziną.

Muzyka przycichła, więc panie rozejrzały się po sali, aby sprawdzić, co dzieje się z ich córkami. Szybko jednak uznały, że wszystko jest w najlepszym porządku i powróciły do przerwanej konwersacji.

– Ona nie ma wstydu za grosz. – Ciemnowłosa dama znowu wbiła wzrok w Burzyńską. – Wspomnisz moje słowa.

Tymczasem pani Leontyna, bawiąc się od niechcenia wachlarzem z białych piór – takich samych jak te, które wpięła w popielate loki – witała się ze szczupłym mężczyzną w okularach.

– Do kogo tak się wdzięczy? – zainteresowała się szatynka. – Bezwstydnica.

– Paszkiewicz. To ten adwokat… – poinformowała ją towarzyszka przenikliwym szeptem – …który w zeszłym roku bronił barona Kramera.

– Tego, co okradł własny bank?

– Tego samego.

– Słyszałam o nim. Ponoć ożenił się z Rosjanką. Jakby brakowało Polek z porządnych rodzin.

– Z pół-Rosjanką – poprawiła przyjaciółkę blondynka.

– Nic to nie zmienia. – Dama spoglądała z dezaprobatą na ładną brunetkę, która zbliżyła się właśnie do Paszkiewicza i pani Burzyńskiej. – I tak prawosławna.

Nieoczekiwanie obok zajętej rozmową grupki zmaterializowała się spowita w wytworną czerń dama nie pierwszej młodości, ale nadal wielkiej urody, w której obie panie rozpoznały natychmiast Józefinę Majerową, wdowę po profesorze uniwersytetu oraz reporterkę od lat z górą piętnastu prowadzącą w „Kurierze Porannym” rubrykę kulturalną i towarzyską. Panią Józefinę powszechnie szanowano i uważano za wyrocznię w sprawach mody, dobrych manier i stylu, dlatego każda warszawska dama marzyła, aby dziennikarka zauważyła toaletę – jej albo córki – i opisała w którymś ze swych niezwykle poczytnych balowych sprawozdań.

Wyglądało na to, że akurat tego wieczoru to niewymuszona elegancja Leontyny Burzyńskiej zrobiła na niej największe wrażenie.

– Co ona widzi w tej sukni? Przecież nie ma w niej nic nadzwyczajnego. – Szatynka, niespuszczająca wzroku z Majerowej, aż sapnęła ze złości; świat naprawdę schodził na psy, skoro konkietę na balu w Resursie robiła kobieta, której drzewo genealogiczne zostało zhańbione skandalem, a ona sama kradła innym pannom epuzerów. Na dodatek Burzyńska wyglądała tak, jakby wcale nie była uszczęśliwiona uwagą, jaką poświęca jej dziennikarka. Naprawdę miała przewrócone w głowie.

Wreszcie pani Majerowa – teraz wyraźnie z czegoś zadowolona – odpłynęła dostojnie, niczym fregata z czarnymi żaglami, w inne rejony sali balowej. Dwie koleżanki szybko straciły zainteresowanie nie tylko nią, ale także panią Leontyną i zajęły się komentowaniem wręcz nieprzyzwoicie wydekoltowanej toalety profesorowej Sarzyńskiej; piękność profesorowej przebrzmiała dawno temu, ale ona nie zamierzała przyjąć tego faktu do wiadomości. Cóż za bezwstyd i zgorszenie!

– Przyszła Amelia. – Ku plotkarkom pochyliła się ich sąsiadka, chuderlawa siwiejąca brunetka i wskazała im elegancką i wciąż piękną kobietę w średnim wieku.

– Rzeczywiście, to ona – potwierdziła niechętnie szatynka, która zupełnie bezinteresownie nie przepadała za matką młodej Burzyńskiej.

– Amelia nazywa się teraz Osnowska – przypomniała jej blondynka. – I większość czasu spędza na prowincji.

– A co ma niby robić w Warszawie po tych skandalach? – Chuda brunetka wydęła usta. – Ktoś, kto nie potrafi upilnować męża ani dzieci, nie powinien pokazywać się w towarzystwie.

Wdowa po niesławnej pamięci mecenasie Rapackim śledziła tymczasem wzrokiem pasierbicę, która odrobinę zbyt długo tańczyła mazura ze średnim synem redaktora Zagórskiego z „Kuriera Porannego”, a potem rozejrzała się po sali w poszukiwaniu córki. Dostrzegła ją wreszcie i ruszyła ku niej szybkim krokiem.

– Pewnie przyjechała wyswatać starszą pasierbicę – zastanawiała się blondynka.

– Dziwne, że mąż pozwala jej zajmować się swoimi córkami. – Szatynka znowu podniosła do oczu lorgnon. – Jestem pewna, że ich też nie upilnuje. I będzie kolejny skandal – zakończyła z nieukrywaną satysfakcją.

Tymczasem mazur zbliżał się do końca. Wskazówki zegara wskazywały północ. Nadchodziła pora kolacji.

  

3.

Kolacja na kilkaset osób trwała dobrze ponad godzinę, ale wreszcie dobiegła końca. Sala znowu zaczynała się zapełniać. Gwar wzmagał się z każdą chwilą, a na parkiecie robiło się coraz ciaśniej: prawie nikt nie myślał o tym, aby opuścić Resursę, gdyż na gości czekały kolejne atrakcje.

W tej chwili towarzystwo zaczynało szykować się do tradycyjnego kotyliona, a choć ozdobne rozetki i gwiazdki rozdano gościom grubo przed kolacją, znalezienie w tłumie swojej tancerki lub dansera nie było wcale prostym zadaniem. Niestrudzony wodzirej dwoił się i troił, aby zapanować nad chaosem, zanim orkiestra zacznie grać; zależało mu ogromnie, aby wszyscy byli zadowoleni.

Pary, które zdołały się odnaleźć, wymieniały uprzejmości, zerkały na siebie z zadowoleniem albo obawą. W rzeczywistości było tu niewiele osób, które naprawdę połączył przypadek: młodzi mężczyźni zawsze potrafili znaleźć sposób, aby móc zatańczyć z upatrzoną panną, wyrwać ją choć na chwilę spod kurateli surowej matki i zamienić kilka słów.

Wydawało się, że tańce rozpoczną się bez przeszkód i nic nie zakłóci panującego w Resursie radosnego nastroju.

Nic bardziej mylnego.

Muzycy zaczęli grać, ale kiedy pierwsze takty melodii zagłuszył głośny okrzyk przerażenia, przerwali i odłożyli instrumenty.

Obecni szybko zorientowali się, że hałas dochodzi z jednego z bocznych gabinetów: najprawdopodobniej tego, który był przeznaczony na pokój wypoczynkowy dla pań.

Goście przez chwilę, niczym skamienieli, wpatrywali się w wiodące do niego drzwi, ale nikt nie odważył ruszyć się w tamtą stronę, niektórzy spoglądali wyczekująco na swoich sąsiadów. Szmer rozmów z każdą chwilą stawał się coraz głośniejszy. Wystraszone matki podnosiły się z miejsc, chcąc sprawdzić, czy nic złego nie stało się ich córkom. Amelia Rapacka mocno ścisnęła rękę powierzonej jej opiece panny Osnowskiej, która nie zdążyła ruszyć jeszcze na parkiet.

Wreszcie drzwi gabinetu otwarły się wolno i, jak lunatyczka, wyszła stamtąd, blada niczym śmierć, Leontyna Burzyńska. Ratując się przed upadkiem, ciężko oparła się o futrynę. Oddychała z trudem i przyciskając rękę do piersi, próbowała coś powiedzieć. Bezskutecznie.

Pani Amelia wypuściła dłoń przerażonej pasierbicy i szybkim krokiem podeszła do córki. Paszkiewiczowie, idąc w jej ślady, przeciskali się przez wzburzony tłum.

– Ona nie żyje… – wykrztusiła wreszcie roztrzęsiona Leontyna i spojrzała na mecenasa tak, jakby oczekiwała od niego ratunku. – Nie żyje… Ktoś ją zamordował.