„Człowiek nie może żyć w oderwaniu od innych”

O Wołyniu lat 30., Hołodomorze i stosunkach polsko-ukraińskich z Joanną Jax, autorką powieści Saga wołyńska. Głód, rozmawia Marek Teler.

Marek Teler: W książce Saga wołyńska. Głód opisuje Pani losy młodych ludzi na tle Wołynia lat 30. Kiedy pojawił się w Pani głowie pomysł na fabułę powieści?

Joanna Jax: Najpierw otrzymałam propozycję opisania powojennego życia Kresowiaków na Ziemiach Odzyskanych. Uznałam, że temat jest bardzo ciekawy, ale muszę sięgnąć głębiej w przeszłość. Postanowiłam rozpocząć tę opowieść od roku 1932. Wówczas na Ukrainie panował głód, zaś w Polsce, na kresach południowych, a zwłaszcza we Lwowie, było jak w tyglu. Nie dotyczyło to jedynie stosunków polsko-ukraińskich, ale także polsko-żydowskich. Wtedy pomyślałam, że chciałabym pokazać tę nieco ciemniejszą stronę Lwowa. Jeśli chodzi o Hołodomor, długo zastanawiałam się, w jaki sposób wykreować bohaterów, aby przedstawić zmiany, jakie zachodzą w człowieku, gdy znajdzie się w tak ekstremalnych warunkach. I dopiero wówczas pojawili się Wissarion, Nadia i Marcel.

M.T.: Po traktacie ryskim zachodnia część Wołynia znalazła się w granicach Polski, lecz dominowali na tym terenie Ukraińcy. Jak wyglądała codzienność mieszkańców przedwojennego Wołynia?

J.J.: Różnie bywało, ale stosunki międzyludzkie można byłoby uznać za względnie poprawne. Oczywiście istniały pewne zasady i jeśli na przykład dochodziło do małżeństw mieszanych, młodzi musieli być dość mocno zdeterminowani. Na wsiach Ukraińcy często odwiedzali kościoły katolickie, jeśli do cerkwi było daleko. Zresztą wielu księży bardzo starało się, by relacje pomiędzy Polakami i Ukraińcami były braterskie i często nawoływali do tego z ambon. I w większości przypadków tak właśnie było. Polacy uczestniczyli w różnych ukraińskich imprezach i na odwrót. Pewnie, że niekiedy dochodziło do napięć, ale nie było tak, że Polacy musieli stawiać barykady czy pilnować włości z karabinem na ramieniu. Oczywiście nie wszędzie było tak różowo i sympatycznie. Po powstaniu OUN (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów) dochodziło do aktów przemocy i terroru w wykonaniu Ukraińców, jak chociażby napad na bank w Gródku Jagiellońskim czy zamach na posła Hołówkę. Polska policja też nie zawsze zachowywała się tak jak powinna. Mówię tu na przykład o słynnych już „tulipanach", o których wspominam w powieści.

M.T.: Czy Polacy i Ukraińcy potrafili ze sobą współegzystować?

J.J.: Tak jak powiedziałam wcześniej, potrafili wspólnie żyć. Myślę, że wielu Ukraińców w tym okresie cieszyło się, że znaleźli się po traktacie ryskim w Polsce, a nie w Związku Radzieckim. I nie mówię tylko o wielkim głodzie, ale o licznych represjach i szykanach. Stalin zachowywał się tak, jakby chciał kompletnie wyeliminować Ukraińców jako naród. W Polsce sytuacja była zdecydowanie lepsza i może dlatego zwykli Ukraińcy nie chcieli zanadto się wychylać, ale pragnęli normalnie żyć.

M.T.: Tytułowy wielki głód – Hołodomor – to jedno z najokropniejszych wydarzeń w dziejach ludzkości, w czasie którego dochodziło do aktów kanibalizmu, a ludzie miesiącami umierali w męczarniach. Jakie emocje towarzyszyły Pani przy opisywaniu tak tragicznych wydarzeń?

J.J.: Miałam wyrzuty sumienia, że w ogóle doświadczam jakichś ludzkich potrzeb, oprócz tych podstawowych. Nie ukrywam, ta powieść rozłożyła mnie emocjonalnie na łopatki, bo nagle musiałam wcielić się w rolę młodej dziewczyny, a właściwie dziewczynki, której psychika była nastawiona tylko na jeden cel. Potem przychodziły pewne refleksje, ale w czasie głodu człowiek zamieniał się w zupełnie kogoś innego. W istotę, w której tkwi jedynie instynkt przetrwania. Problemu nie stanowiło dla mnie opisywanie przypadków czy też ogólnej sytuacji, ale właśnie pokazanie wszystkich faz głodu na konkretnym przykładzie, czyli Nadii i Wissariona. I to kosztowało mnie najwięcej, bo każdy autor, a przynajmniej większość, zżywa się i identyfikuje ze swoimi bohaterami.

M.T.: Opisuje Pani w książce także tygiel narodowościowy we Lwowie – znajdziemy w niej wiele słów z lwowskiej gwary. Z jakich źródeł korzystała Pani przy opisywaniu mowy przedwojennego Lwowa?

J.J.: Korzystałam z dwóch pozycji. Jedna to właściwie podręcznik i dotyczy szeroko rozumianego języka południowokresowego. Druga pozycja, cudem zdobyta, to Lwowska mowa bałakowa Stanisława Domagalskiego. Ta ostatnia pozycja to taki mini słowniczek, jednak w języku południowokresowym ważne były także odmiany słów i stosowane końcówki, które wynikały z zapożyczeń z języka rosyjskiego. Nie ukrywam, że chwilami odnosiłam wrażenie, jakbym tłumaczyła polskie dialogi na zupełnie inny, obcy język. I jest to pierwsza moja powieść, w której umieściłam przypisy z obawy, że Czytelnicy mogą wielu dialogów nie zrozumieć.

M.T.: Pracuje Pani jako wolontariuszka w Fundacji dla Rodaka wspierającej Polaków w Kazachstanie. Czy spotkania z ludźmi, którym wojna zabrała rodzinny dom, są dla Pani źródłem twórczej inspiracji?

J.J.: Oczywiście, ale akurat nie w tej powieści. Kiedyś napisałam trylogię o kresach północnych i zesłańcach do Kazachstanu. Wówczas rozmowy z potomkami zesłańców stały się dla mnie głównych źródłem wiedzy o tym, co się działo na kazachskich stepach.

M.T.: Czytając Pani powieści, nie sposób nie zauważyć Pani dużego zaangażowania w poruszane tematy. Czy sama znajduje Pani tematy swoich powieści czy to raczej tematy znajdują Panią?

J.J.: Różnie bywa. Ten temat mnie znalazł, ale powieść, nad którą obecnie pracuję, ja znalazłam. Zresztą Czytelnicy już od kilku lat namawiali mnie na opisanie tego, co działo się na kresach południowych w okresie międzywojennym i podczas wojny.

M.T.: W książce opisuje Pani miłość w cieniu walki o przetrwanie. Co Pani zdaniem dawało wówczas ludziom siłę?

J.J.: Człowiek nie może żyć w oderwaniu od innych. I nie mówię tu tylko o miłości pomiędzy kobietą i mężczyzną. Bliscy, trwoga o nich, poświęcenie to aspekty życia, które nadają mu sens. Bywają jednak takie sytuacje, że instynkt przetrwania jest silniejszy od wszelkich ludzkich uczuć. W końcu fizycznie niczym nie różnimy się od zwierząt i najpierw zaspokajamy potrzeby, które pozwolą nam przeżyć. I nie ma w tym naszej winy, to jest silniejsze od nas. Nikt nie chce cierpieć, niektórzy w ekstremalnych warunkach woleliby umrzeć, a jednak jakaś część nas walczy o życie do ostatniej minuty.

M.T.: Jak ocenia Pani obecne stosunki polsko-ukraińskie? Czy spory narodowościowe z czasów II Rzeczypospolitej i ich kulminacja w postaci rzezi na Wołyniu nadal mają na nie duży wpływ?

J.J.: Na pewno historia wpływa na obecne stosunki polsko-ukraińskie. Banderowcy wciąż są dla wielu Ukraińców bohaterami, a my, co zrozumiałe, traktujemy ich jak zbrodniarzy. To są niezagojone rany. Z Niemcami jest klarowna sytuacja, bo nikt nie stawia pomników nazistom. Mówię o sytuacji ogólnej, bo wciąż jeszcze można spotkać ludzi tęskniących za wielką Rzeszą. Na Ukrainie ruchy nacjonalistyczne wciąż mają się dobrze, a nasza dyplomacja udaje, że pewnych spraw nie widzi, jak chociażby flagi banderowskiej wywieszonej ostentacyjnie podczas spotkania prezydentów Polski i Ukrainy.

M.T.: Wiemy, że Pani powieść jest częścią sagi, więc doczeka się kolejnych tomów. Czy mogłaby więc Pani opisać w kilku słowach swoje dalsze plany wydawnicze?

J.J.: Saga wołyńska będzie liczyła trzy tomy. W każdym razie taki jest plan. W maju pojawi się także kolejna powieść, ale tym razem zabiorę Czytelników do Europy Zachodniej, do czasów powojennych. Plany więc są bardzo ambitne.

Joanna Jax (właśc. Joanna Jakubczak) – urodziła się i mieszka w Olsztynie. Absolwentka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Nie tylko pisze powieści, lecz także maluje na szkle unikatową techniką warstwową, pasjonuje się literaturą biograficzną i grafiką. Zajmuje się również copywritingiem i jest wolontariuszką w Fundacji dla Rodaka. Zadebiutowała w 2014 r. Dziedzictwem von Becków, które zachwyciło zarówno recenzentów, jak i czytelników. Kolejne powieści: Długa droga do domu (2015) i Piętno von Becków (2016) ugruntowały status Joanny Jax jako pisarki. Miłośnicy jej twórczości entuzjastycznie przyjęli książki Syn zakonnicy (2018), Białe róże z Petersburga (2019) i Drugi brzeg (2020), a także cykle powieściowe – sześć tomów Zemsty i przebaczenia (2016–2018) oraz trylogie Zanim nadejdzie jutro (2018, 2019), Prawda zapisana w popiołach (2019, 2020), Córka fałszerza (2020), Duchy minionych lat (2021, 2022). Laureatka Wawrzynu – Literackiej Nagrody Warmii i Mazur za rok 2016 (nagroda czytelników). Pod pseudonimem Patrycja May wydała humorystyczną powieść Pamiętnik ze starej szafy (2017, 2019).